<![CDATA[Komorebi - Projektowanie Wnętrz i Usługi Remontowo Budowlane - Blog]]>Sun, 16 Dec 2018 02:35:02 +0100Weebly<![CDATA["Transakcje nie za miliony" -nowy jork]]>Mon, 10 Dec 2018 21:11:42 GMThttp://komorebi.design/blog/transakcje-nie-za-miliony-nowy-jorkZanim nastała, jakże niezbędna do życia wydawać by się mogło era telefonii komórkowej i każdy był właścicielem telefonu stacjonarnego, to posiadanie w Nowym Jorku kierunkowego 212 nie oznaczało tylko trzech pierwszych cyfr, ale było wyznacznikiem statusu.  Właściwie, nie, że było, w niektórych kręgach nadal jest. Posiadanie kierunkowego 212 szczególnie dla biznesu oznacza, że jest to szanowana instytucja z korzeniami na Manhattanie. Ciekawe, jak coś tak prostego może świadczyć o poziomie stabilizacji firmy i wzbudzać do niej większe zaufanie. Są prawnicy, przedsiębiorcy, właściciele mniejszych lub większych kompanii, którzy przyznają otwarcie w wywiadach udzielanych na łamach New York Times’a , że wręczenie wizytówki, na której widnieją te trzy magiczne cyfry zapewnia im natychmiastowe zwiększenie zaufania wśród klientów i jest magnesem przyciągającym nowych. Dzisiaj, kiedy miasto już dawno wyczerpało limit nobilitującego 212, można go zakupić przez internet za niecałe 100$. 
Numerowi kierunkowemu 212 został poświęcony cały jeden odcinek popularnego serialu „Seinfeld” z 1998 roku, w którym  Elaine planuje kradzież sławnego numeru. 
W 1997 na rynku perfumiarskim ukazał się zapach marki Carolina Herrera nazwany po prostu 212. Nuty tego zapachu miały przybliżać do Nowego Jorku bez względu na to jak daleko się od niego znajdujemy. Musi być w tym jakaś magia skoro z powodzeniem są sprzedawane po dzień dzisiejszy. Sama nie wiem, jakie to czary, bo gdybym miała przywołać zapachy, które mnie zbliżają do Wielkiego Jabłka to nadawałyby się na wszystko, ale na pewno nie na perfumy….
Nierozerwalnie ze statusem łączony jest również rynek nieruchomości. Agencje nieruchomości to fascynująca sieć zależności. Ich pracownicy opanowali do perfekcji umiejętność dobierania słów i żąglowania nimi z akrobatyczną wręcz zręcznością. Fascynowało mnie zawsze zjawisko, kiedy ludzie dla podkreślenia swojego statusu podpierają się swoim adresem i w zależności od tego co chcą podkreślić i jaki sobie nadać walor zapytani o to gdzie mieszkają taką dadzą odpowiedź. Miasto Nowy Jork administracyjnie dzieli się na pięć dużych dzielnic, a każda z nich na mniejsze dzielnice, między którymi istnieją jednak dysproporcje. Tak, więc na pytanie - gdzie mieszkasz? odpowiedź - na Manhattanie, często nie jest wystarczająca. W salonie, w którym pracowałam bardzo szybko można było ocenić czy ktoś traktuje swój adres jak jeszcze jedną metkę na garniturze czy ma do tego dystans. Tak więc ktoś mieszkający na Brooklynie w jednej z modniejszych i droższych dzielnic zawsze wymieni ją z nazwy, zapytany o adres. Powie, Brooklyn Heights, Dumbo, albo Williamsburg a nie tylko Brooklyn. Miałam klientkę, która podkreślała, że nie dość, że mieszka na Brooklyn Heights, to zaraz przy samej promenadzie i to od dawna. Rozbroił mnie jednak fakt, że sporo mieszkańców Manhattanu posługuje się nie tylko nazwami dzielnic czy ulic jako symbolami osiągniętego sukcesu ale również nazwami budynków. Jest to również często powiedziane w sposób który jednocześnie narzuca tę wiedzę jako coś absolutnie naturalnego i jeżeli nie wiesz,  że Beresford to luksusowy apartamentowiec przy Central Parku to możesz się spodziewać przewrócenia oczami. Myślę o tym, kiedy w tak zwanym czasie wolnym z kubkiem pachnącej kawy bawię się pilotem i trafiam na  program “Transakcje za miliony -Nowy Jork”. Trzech przystojnych agentów w nienagannych garniturach, dla zdobycia klienta czy to sprzedającego czy kupującego są w stanie zrobić właściwie wszystko. Oczami wyobraźni widzę ich jako trzy wygłodniałe rekiny kąsające się po bokach i gotowe odgryźć głowę każdemu kto stanie im na drodze. Oglądam wymuskane rezydencje, bo trudno nazwać je mieszkaniami, gdzie rachityczny chihuahua leży na brokatowej poduszce w pełnym słońcu wpadającym przez taflę szkła sięgającą od podłogi do sufitu. Pomyślałam, jak łatwo jest kształtować wyobrażenie o mieście na podstawie reality show. Oglądając taki program można by pomyśleć, że jest to istne eldorado i jak to w ogóle jest możliwe, że cały świat jeszcze się tam nie przeniósł i tak nie mieszka? 
​Kiedy jako dziecko wyobrażałam sobie to miasto to była to wizja oczywiście idealistyczna. Wszystko miało być bardzo piękne i schludne i na wysokim poziomie. Bez zepsutych klamek, dziur w drzwiach, podrapanego tynku i odpadających kafelek. Obalając dość brutalnie mit owego wyżej wymienionego programu,  to faktem jest, że taki świat oczywiście istnieje, ale istnieje też druga bardziej przyziemna twarz rynku nieruchomości. Miejsce dla tych wszystkich, których chihuahua nie sypia na złotych piernatach. Istnieją kamienice ze schodami tak nierównymi, że mieszkańcy powinni się ubezpieczać od wypadku chodząc po nich tam i z powrotem, nie wspominając o wnoszeniu zakupów. W swojej pracy widziałam mieszkania tak nadgryzione zębem czasu i pozbawione inwestycji latami, że zawsze moja pierwsza myśl po otwarciu drzwi była jednakowa: jak ktoś chciałby to wynająć? Ano, niestety chciałby, wbrew temu co mogłoby się wydawać, na Manhattanie zawsze znajdzie się lokator chętny na nawet najgorszą dziurę.

Właściciele nieruchomości nierzadko decydują się na inwestycje dopiero wtedy, kiedy mieszkanie staje się niebezpieczne. Jeżeli puszkę elektryczną przykrywa tylko połowa włącznika a za nim widać stare jak cały Nowy Jork druty to jest to dobry powód. Lepiej też żeby drzwiczki w szafce kuchennej nie spadły nikomu na głowę i myszy nie wchodziły z piwnicy do mieszkania. Karaluchy rozmiaru dziecięcego resoraka wychodzące przez odpływ kuchenny są dozwolone i u nikogo nie wzbudzają złych emocji. 
Według mojego znajomego agenta nieruchomości rynkiem wynajmu rządzą właściciele mieszkań a nie najemcy i jeżeli cena za wynajem będzie odpowiednia do budżetu lokatora to przymknie oko na wszystko. Czasami to wszystko jest tak zdumiewające, że na chwilę można zapomnieć, że jest się w stolicy świata. Ci sami właściciele mieszkań, którzy zwykle nie maja zamiaru szarpnąć się na wydatek poprawy wyglądu ich przybytku, będą często, choć nie zawsze, wymagać od najemcy dochodu przewyższającego miesięczny czynsz 40 razy. Tak więc, jeżeli będziemy chcieli wynająć jakiś przybytek za 1500$ miesięcznie, to pewnie będzie to mała kawalerka, a nasz roczny dochód nie może być mniejszy niż 60,000$ przed podatkiem. To co się waży w takich momentach to słowa „dużo” i „mało”. Zawsze mnie to interesowało co w takim mieście oznacza mało i dużo. Według mojego kolegi wszystko oczywiście zależy od rejonu, w którym chcemy zamieszkać, ale żeby uogólnić i przytoczyć jakąkolwiek liczbę to nieruchomości położone poniżej takich dzielnic Manhattanu jak Upper West Side i Upper East Side z ceną poniżej 2,500$ miesięcznie są uważane za super tanie a od 7,000$ za drogie. To, co winduje obecne ceny wynajmu mieszkań to małe zainteresowanie kupnem. Wynajem w stosunku do kupna jest dla większości ciągle bardziej opłacalny i przystępny.

Z własnych obserwacji zawsze fascynował mnie fakt, że nowojorczycy jednocześnie będąc tak wymagający, pod innymi względami tak często obniżają poprzeczkę i idą na tyle kompromisów związanych z miejscem zamieszkania. Na końcu dnia, sprowadza się to do tego, że wszyscy za wszelka cenę chcą być w centrum. Chcą zapłacić jak najniższy czynsz za adres, który da im prestiż nawet jeżeli wynajęta dziurka będzie poniżej ich standardów. 
Utarło się powiedzenie, Nowy Jork miasto kontrastów. Nie wiem dlaczego akurat Nowy Jork zyskał sobie to miano. W większym lub mniejszym stopniu kontrasty są wszędzie. Faktem jest, że niektóre  nowojorskie mieszkania można by zmieścić w niejednej pewnie garderobie wypchanej po brzegi futrami w bogatych rezydencjach i te skrajności mogą razić. Byłoby jednak utopią, mieć do kogokolwiek o to pretensje, co nie zmienia faktu, że moim pragnieniem jest, aby wszyscy mogli żyć w godnych warunkach, ciekawie zaprojektowanych i przyzwoicie wykonanych mieszkaniach.
*******Ogromne podziękowania należą się Carlosowi Simoes z agencji nieruchomości Modern Spaces w Nowym Jorku za czas jaki poświęcił opowiadając na wszystkie moje pytania. 
Wszystkie zdjęcia pochodzą z własnej kolekcji i przedstawiają autentyczne mieszkania na Manhattanie********

]]>
<![CDATA[Santa Fe- Architektura południowego zachodu]]>Mon, 03 Dec 2018 18:44:24 GMThttp://komorebi.design/blog/santa-fe-architektura-poludniowego-zachoduSanta Fe
Jestem przekonana, że na wycieczkę do Nowego Meksyku są dużo lepsze momenty w roku niż koniec listopada, ale ponieważ zwykle robię wszystko pod prąd tak i tym razem nie widziałam przeszkód w wybraniu się na południowy zachód o tej jakże „przytulnej” porze roku. 
Ciekawe jak w takich momentach nasza wyobraźnia opiera się na czystych, zakodowanych w podświadomości obrazach i stereotypach. Z tym Nowym Meksykiem było trochę jak z jeleniem, bo kiedy myślę o rogaczu,  to nie mogę się powstrzymać, żeby nie wyobrazić go sobie na rykowisku i jakoś tak samo w naturalny sposób myśląc o Santa Fe widziałam oczami wyobraźni zalaną słońcem czerwoną skałę i jaszczurkę leniwie wylegującą się na ciepłych cegłach adobe.
No wiec, nie, listopad w Nowym Meksyku tak nie wygląda. Stwierdzenie, że podróże kształcą w moim przypadku jednak nie sprawdza się na pewnych płaszczyznach, bo jak nigdy nie czytam instrukcji obsługi, tak równie rzadko sięgam do przewodników. Na granicy Kolorado z Nowym Meksykiem dogoniła nas burza śnieżna. Wiatr wiał tak silny, że zerwało rejestrację z samochodu. Rano kiedy ustały opady śniegu i wyszło zadziwiająco ostre słońce, krajobraz wyglądał jak po bitwie. W rowie autostrady leżały jak zepchnięte łapą Godzilli poprzewracane wielkie ciężarówki, dodatkowo przysypane zwałami śniegu odgarniętymi przez rozpędzone pługi. Nowy Meksyk przyprószony był śniegiem jak tort posypany cukrem pudrem i spod białego puchu jeszcze ostrzej rysowała się charakterystyczna cegła w kolorze terakoty. 


Zanim osiągnęliśmy cel podróży, na drodze pojawił się znak skrętu do Four Corners. Four Corners co należy przetłumaczyć - Cztery Narożniki - jest nietypowym miejscem na mapie Stanów Zjednoczonych, gdzie pod idealnie prostym kątem zbiegają się granice czterech stanów: Nowego Meksyku, Kolorado, Arizony i Utah. Miejsce jest pustkowiem w dali otoczonym górami, którego centrum wyznacza płyta kamienna z krzyżem przecięcia się czterech granic. Znajdował się tam jeden budynek, a bardziej  domeczek o nijakim wyglądzie. W kompletnie surowym wnętrzu pamiątki sprzedawała wiekowa Indianka. Oprócz niej znajdowało się tam biurko i krzesło, a ogień trzaskający w kominku przypominał, że na tym pustkowiu istnieje życie. Pomimo, surowości wnętrza, chciało się tam zostać. Chciało się rozmawiać z tą niezwykłą kobietą, która opowiadała gdzie zbiera piasek o charakterystycznym zabarwieniu, z którego robi swoje obrazki. Na odwrocie tych pamiątek, miedzy innymi napisała, że turkus oznacza piękno i harmonię. Pomyślałam, że posiadamy naturalną potrzebę powielenia piękna i harmonii lub wręcz usiłujemy wymyślać je na nowo. Komplikujemy coś co nie jest skomplikowane i otacza nas w swojej perfekcyjnej formie.
Czy kiedy Alvar Alto wybitny fiński architekt tworzył swoje dzieła z zastosowaniem idei zatartej granicy miedzy wnętrzem a światem zewnętrznym , to czy to jest właśnie ta idealna harmonia, do której powinniśmy dążyć? Ta architektura, która narzuca budowli scalenie się z otoczeniem i ten element harmonii, kiedy wnętrze rozciąga się poza swoje bariery wydają się być najbardziej naturalną drogą do zaspokojenia potrzeb estetycznych odbiorcy. 
Mesa Verde
Park Narodowy Mesa Verde (hiszp. zielony stół) ,południowo-zachodnia część stanu Kolorado, osiedla mieszkalne typu pueblo zbudowane w ścianie kanionu przez Indian Anasazi, zbudowane pomiędzy VI a XIV wiekiem naszej ery
Mało jest przykładów gdzie architektura wpisuje się tak idealnie w krajobraz jak to się dzieje w Santa Fe. Co ciekawe nie dzieje się tak tylko w pojedynczym przypadku, ale to jakby całe miasto jest przedłużeniem otoczenia. Ze względu na jego charakterystyczną zabudowę mówi się, że nie ma takiego drugiego w całych Stanach. 
Santa Fe
Santa Fe
Santa Fe
Santa Fe
Ta charakterystyczna zabudowa nie jest jednak zamysłem wybitnego architekta ani przemyślanym konceptem.  To co jednak jest absolutnie przemyślanym przedsięwzięciem to jest jej ochrona. 
To co dzisiaj ludzie potocznie często nazywają stylem Santa Fe wywodzi się z pracy wielu pokoleń i jest efektem  wykorzystywania do wznoszenia domów materiałów pochodzących z najbliższego otoczenia,  a także rodzaju konstrukcji odpowiadającej na warunki klimatyczne.
Podstawowym elementem tego charakterystycznego stylu jest adobe czyli cegła suszona. Zrobiona jest z połączenia gliny, mułu lub iłu z dodatkiem trawy lub słomy. W przeciwieństwie do dobrze nam znanych  tradycyjnych cegieł nie jest wypalana tylko suszona na słońcu. Jej zaletą jest utrzymanie stosunkowo stałej temperatury wewnątrz budynku co sprawdza się szczególnie dobrze w klimacie o dużych dobowych różnicach temperatur.  Aby zabezpieczyć cegłę przed działaniem wody jest ona dodatkowo pokryta tynkiem często pochodzącym z połączenia tych samych materiałów bez użycia słomy czy trawy. 

Santa Fe
Pałac Gubernatora, 1610, adobe, najstarszy obiekt administracji cywilnej na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
Na dzisiejszy, unikatowy architektonicznie wygląd Santa Fe składają się setki lat przenikających się wpływów kultury rdzennych Amerykanów i Hiszpańskich kolonizatorów, wysiłek artystów i architektów, którzy dostrzegli potrzebę jego odrodzenia i zachowania co pozwoliło na ustanowienie unikatowej, regionalnej tożsamości. 
Korzenie tej charakterystycznej zabudowy sięgają na długo przed przybyciem Europejczyków, a zapoczątkowali ją Indianie Pueblo wznosząc swoje domostwa przy użyciu wysuszonej na słońcu cegły oraz wyeksponowanych, drewnianych dźwigarów podtrzymujących sufit.  Kiedy w 1540 roku na południowy zachód Ameryki przybyli Hiszpanie, architekturę jaką zastali na tych terenach postanowili zachować i wzbogacić o własne elementy, jak wewnętrzny dziedziniec, portale, czy ganki. 


Santa Fe
Hote La Fonda, Santa Fe, 1922
Santa Fe
Santa Fe
Styl odrodzenia Pueblo, który dominuje w Santa Fe został rozpowszechniony w latach 1920-1930 i polega na imitacji oryginalnych budynków stylu Pueblo przy użyciu nowoczesnych materiałów.
W 1957 roku uchwalono prawo, które nakazuje aby wszystkie nowo powstałe budowle w centrum miasta były wybudowane w stylu “Starego Santa Fe” który obejmuje styl Pueblo, Hiszpańskie Pueblo, i styl Terytorialny. 
„Nieodzowny”, to słowo, jest wszechobecne w kontekście tego wyjątkowego miasta. Nieodzowny w sensie potrzeby stworzenia unikatowej tożsamości. Nieodzowny w sensie potrzeby zachowania architektury jako nośnika kulturowego. Fenomenalny przykład, kiedy zabytek staje się wymuszonym, obowiązującym stylem i kontynuuje swoje nowe, stare życie.

Santa Fe
Santa Fe
]]>
<![CDATA[Serena Bar w hotelu chelsea]]>Mon, 26 Nov 2018 17:40:58 GMThttp://komorebi.design/blog/serena-bar-w-hotelu-chelseaPosiadam nieodpartą potrzebę ciągłego inspirowania się. Jestem w wiecznym momencie poszukiwania czegoś co mnie poruszy tak, że da energię do nowego działania; pobudzi wszystkie zmysły aż do etapu, w którym mogę się na chwilę zatrzymać aby powstała nowa idea. 
Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu potrzebujemy inspiracji. Dla każdego oznacza ona zupełnie coś innego i dla każdego ma to inne konsekwencje. Jednym pozwoli rano położyć stopę poza łóżkiem, innych wyniesie w podróż na orbitę okołoziemską. 
Inspiracją może być smuga dymu z jesiennego ogniska rozlana nad brunatną ziemią, śpiące oczy kota, książka przerwana na kilka kartek przed końcem tylko po to żeby trwała wiecznie, film po którym nie można wstać z fotela i zapomina się o popcornie smętnie przyklejonym do warg. Inspiracją mogą być  “Myśliwi na śniegu” Bruegel’a, od których robi się zimno na plecach i czuć lodowate powietrze nawet w upalny dzień. Tak naprawdę nie ważne co nas inspiruje tylko co zrobimy ze stanem inspiracji. Czy będzie tylko ulotną chwilą, momentem euforii puszczonym w niepamięć czy pozostanie na dłużej i pozwoli na rozwinięcie się w nową formę.
Są inspiracje dnia powszedniego, do których uśmiechamy się jak w stanie zakochania ale są też takie, do których tęsknimy zawsze bardzo i kiedy się nam wydarzają to zachodzi w nas zmiana już nieodwracalna, wiemy, że nic już nie będzie tak samo. Coś na zawsze w nas pęka, żeby w tej przestrzeni mogło powstać nowe. Inspiracje są jak milowe kamienie na drodze naszego życia, dzięki którym podejmujemy decyzje i podążamy szlakiem, którego inaczej nigdy byśmy nie odkryli. 
Moją słabością (naprawdę to powiedziałam) są silne kobiety. Przy wszystkich miejscach, które miałam okazje odwiedzić, dziełach wielkiej architektury zapierających dech w piersi, których mogłam doświadczyć, wysłuchaniu Ravela w nowojorskiej filharmonii i przy zawrotach głowy po zobaczeniu wystawy Olafura Eliassona to spotkania z kobietami, które bez wahania sięgają do chmur są moją największą inspiracją. Kiedy poszłam na wywiad z pisarką Joan Didion to przyznaję nie pamiętam z niego nic bo cały czas nie mogłam uspokoić entuzjazmu jaki wywoływała we mnie ta zasuszona niczym Urszula Buendia kobieta siedząca w fotelu , który wydawało się pochłaniał ją całą. Patrzyłam na jej pomarszczoną twarz, nieodłączne kaszmirowe leginsy i myślałam o tym, że można pisać o bólu, cierpieniu i stracie najbliższych sobie ludzi bez cienia egzaltacji i to tak poruszająco, że ciarki przechodzą po plecach.
Wychowałam się w domu, w którym prababcia siedziała podczas świąt na honorowym miejscu i nie wstydzę się przyznać, że ta maleńka kobieta jest moją największą żeńską inspiracją. Babcia która uratowała swoją rodzinę podczas wojny była niezłomna. Kiedy po latach rozdrabniałam na cząsteczki pierwsze wszystkie historie, którymi nakarmiła mnie w dzieciństwie to pomyślałam, że skoro ona uchroniła siebie i dzieci spod karabinów, jeżeli nie złamał jej głód i śmierć ukochanego syna to ja też się nigdy nie poddam. 

Moją drugą wielką inspiracją jest Serena Bass. Było lato 1999 roku i za dwa miesiące miało się spełnić moje największe marzenie i miałam rozpocząć studia na wydziale projektowania wnętrz. Staliśmy w piwnicy kultowego w Nowym Jorku hotelu Chelsea, Serena i jej syn Sam, którzy właśnie wynajęli te przygnębiające lochy, mój mąż który podjął się niemożliwego na pierwszy rzut oka zadania, doprowadzenia piwnicy do stanu przemiany w bar i ja nieopierzony ptaszek,  z czystej ciekawości uczestnicząca w spotkaniu, podczas którego chyba częściej otwierałam buzię ze zdziwienia niż miałabym coś konstruktywnego do dodania. Serena i Sam jedno przez drugie, gestykulując z siłą holenderskich wiatraków, z perfekcyjnie idealnym brytyjskim akcentem przekrzykiwali się opisując jak tu będzie wspaniale i jakie cudowne miejsce tu powstanie, do którego będą tłumnie przybywać modelki i aktorzy, wszyscy piękni i wspaniali. Taki Sex w Wielkim Mieście tylko na żywo. Przyswojenie tych idei przychodziło mi przyznaję z trudem. Dzisiaj moja wyobraźnia przestrzeni to raczej impuls i jestem w stanie dość szybko zwizualizować sobie jak to będzie, wtedy jednak to była zupełnie inna bajka, inne czasy, inna ja. Stałam więc jak zamurowana zadając sobie pytanie co oni do licha plotą? Otaczała nas goła i dość nierówna ziemia pod nogami. Podłoże bardziej wyglądało jak gotowe pod uprawę ziemniaków a gdzie tu mówić o barze z modelkami i aktorami. Ceglane ściany i niski sufit z wiszącymi kablami i rurami. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach, który znałam z dzieciństwa kiedy z dzieciakami z podwórka goniliśmy się po piwnicach. Lekko stęchły i chłodnawy od braku słońca i powietrza. 
Nowy Jork
Serena Bass i Sam Shaffer w Serena Bar hotelu Chelsae, rok 1999, foto Heather Conley
Jakoś trudno było mi się nakręcić tym ich entuzjazmem ale jednocześnie nie byłam w stanie oderwać wzroku od Sereny. Kojarzyła mi się z ognistą kulą energii i życia. Pomyślałam, że gdyby można ją było podłączyć do generatora to oświetliła by sobą całe to dziwne miasto a może i inne miasta też i wszyscy mogliby się zarazić od niej tą niesamowitą energią i ogrzać przy jej blasku. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się jeszcze czarniejsza na tle platynowego blondu jej włosów ściętych w stylowy bob z charakterystyczną grzywką do połowy czoła. Usta zawsze pomalowane na czerwono. Jeździła wtedy wielgachnym SUV, Chevroletem , z którego ledwo ją było widać ale i tak wszyscy uciekali przed nią z drogi. Kiedy pierwszy raz znalazłam się w jej mieszkaniu to uczucie, które mną ogarnęło można porównać do tego co mogła czuć Alicja trzymając w ręce ciasteczko z kuszącą ofertą zjedz mnie. Zjadłam, bez chwili namysłu. Alicję, jej lot przez jamę królika doprowadził do magicznego świata, a mnie przejście przez próg jej lokum otworzył na świat designu o jakim nie miałam pojęcia. Stanęłam przed progiem i uchyliły się stare, klasyczne drzwi pomalowane na czarno błyszczącą farbą. Nacisnęłam mosiężną klamkę i odwróciłam się za siebie. Poczułam się wolna od tego co było mi znane i zakodowane, bez żalu zostawiałam za sobą świat, w którym, wersalki skrzypiały sprężynami pod śpiącymi domownikami, rozkładane ławy, przy których zjedzenie obiadu wymagało cyrkowych akrobacji, pokrywanych lakierem matowiejącym od ciepłego kubka z herbatą, meblościanek z Kalwarii i Swarzędza powielanych w co drugim mieszkaniu blokowisk. Zagryzłam ciasteczko jeszcze raz i za czarnymi drzwiami  znalazłam sypialnię pomalowaną w pionowe biało czarne pasy z wielkim łóżkiem i wanną na nóżkach stojącą najspokojniej w rogu pokoju. Byłam w żywiole, w swoim świecie. Wiedziałam, że nic już nie będzie tak samo.
Nowy Jork
Serena Bass mieszkanie, Brooklyn NY, foto Patric Mcmullan
Nowy Jork
Serena Bass mieszkanie, Brooklyn NY, foto Serena Bass
Serena Bass jak sama o sobie mówi jest szefem kuchni, pisarką i miłośniczką kotów i nie projektantem. W rzeczywistości stoi na czele imperium cateringowego na liście którego znajdują się tacy klienci jak Sarah Jessica Parker, Calvin Klein, Hilary Clinton, Vogue, Al Gore, Vanity Fair, Bergdorf Goodman, Saks 5th Avenue i wiele innych znakomitości. Jej specjalnością nie jest tylko dowiezienie znakomitego jedzenia. Nad każdym przyjęciem pracuje sztab ludzi dbający o każdy najmniejszy szczegół począwszy od równo ułożonych serwetek poprzez oświetlenie i kwiaty a skończywszy na stworzeniu dekoracji, dzięki której nawet najbardziej nijakie miejsce może stać się nawet indyjskim pałacem.  Serena jest też szefem kuchni w restauracji Lido na Harlemie, autorką książki, w której przepisy kulinarne przewijają się z anegdotami z życia osobistego. Kiedy w 1999 roku Stanley Bard właściciel hotelu Chelsea zaproponował jej możliwość lepszego wykorzystania trzech sal piwnic hotelu niż ziejący pustką loch zgodziła się od razu i wynajęła miejsce, w którym przez następne kilka miesięcy budowaliśmy bar.  
Nowy Jork
Hotel Chelsea foto Harris Graber
Hotel Chelsea to nie jest jakiś tam hotel, których setki roją się na Manhattanie. To hotel legenda, ikona stworzona dzięki sławie swoich mieszkańców. Wybudowany w 1883 roku z przeznaczeniem na budynek mieszkalny, dominuje nad 23 ulicą mniej swoim rozmiarem a bardziej charakterystyczną różową, wiktoriańską fasadą i koronkowymi balkonami. Budynek zmienił swoje przeznaczenie i stał się hotelem w 1905 roku. Od tamtego czasu w jego pokojach i apartamentach gośćmi byli między innymi Mark Twain, Sarah Bernhardt, O.Henry, Arthur Miller, Allen Ginsberg , Stanley Kubrick, Milos Forman, Jane Fonda, Patti Smith, Jim Morrison, właściwie ta lista nie ma końca. To tutaj Arthur Clarke napisał Odyseję Kosmiczna 2001. Uważa się, że w pokoju numer 100 Sid Vicious ugodził śmiertelnie swoją dziewczynę Nancy Spungen. Janis Joplin i Leonard Cohen przeżyli tutaj swój romans w roku 1968, którego efektem były dwie piosenki Cohena “Chelsea Hotel” i “ Chelsea Hotel #2”.  W 1966 roku Andy Warhol i Paul Morrissey wyreżyserowali w nim Chelsea Girls, film o stałych bywalcach studia Warhola i ich życiu w hotelu. 
Obraz
Lobby hotelu Chelsea, foto Vanity Fair
Pod ciężarem tej legendy, na samym dole, w suterenie, Serena miała stworzyć nowe lokum dla jej znakomitych gości. Kiedy mówiła, że nie jest projektantem nie kłamała. Nie posiada ani żadnego profesjonalnego przygotowania ani nigdy nie było to jej powołaniem. Posiada jednak coś więcej, naturalny dar do tworzenia miejsc, w których chce się przebywać, w których chce się pozostać na dłużej. Sama przyznaje, że działa instynktownie i wszystko co robi jest po części sprawą przypadku a po części wypływa z niej samej ale to jest właśnie to czego nie da nam ani żadna szkoła ani tysiące godzin pracy, bo to jest talent. Jestem daleka od wygłaszania tutaj teorii, że od jutra każdy kto posiada talent do projektowania i poczucie estetyki powinien rzucić wszystko i zająć się wnętrzami. Jestem również zwolennikiem profesjonalnego przygotowania do zawodu, nie mniej jednak myślę, że często nasze profesjonalne przygotowanie do pewnego stopnia nas ogranicza. Zaczynamy zapominać o instynkcie i wyobraźni, sabotujemy naszą kreatywność i ograniczamy ją zasadami typu - tak się nie robi, a tak nie powinno być. Myślę, że szczególnie w miejscach przestrzeni publicznej pozwolenie sobie na oddech wolnego umysłu i zdanie się choć w małym procencie na przypadek może mieć pozytywny skutek. Na pewno rzadziej niż częściej możemy sobie pozwolić aby naszym szkicem kierowała ręka przypadku, w ogromnej mierze jest to luksus nie być obligowanym budżetem czy klientem i móc stworzyć coś własnego, wypływającego tylko z kierowania się impulsem. 
Nowy Jork
Serena Bar , 1999, Nowy Jork
Po dziewięciu miesiącach pracy z lochu i ziemnego ugoru nie pozostało nic. Staliśmy w tym samy miejscu co prawie rok wcześniej i otaczały nas ściany w kolorze chińskiej czerwieni stojące na cementowej podłodze. Panował klimat kolonialny zaakcentowany przez marokańskie lampiony i niezwykłe drzewa palmowe zrobione z aluminium. Panował półmrok ale dominujące na ścianach lustra odbijały światło sączące się przez  koronkę lampionów. Prawie całą środkową salę okupywał heksagonalny bar zbudowany z drewna pomalowanego na ciemny brąz. Wnętrze było olśniewające, egzotyczne, składające się z elementów, które nie miały prawa zaistnieć razem a jednocześnie absolutnie spójne. Na koniec mistrz Feng Shui “pobłogosławił” klub stwierdzając też, że wszytko działa według zasad wschodniej filozofii i można było czekać na pierwszych gości.
Ich świetność dorównywała tym z górnych pokoi. Stałym bywalcem stał się mieszkający w hotelu Ethan Hawke. Przyjęcia urządzali tam Stella McCartney i Oprah Winfrey. Swoją obecnością wieczory i noce uświetniali Madonna, Sean Penn, Lou Reed, Gwen Stefani, Shannen Doherty, Heather Locklear i Johnny Lydon.
Serena wspomina jak jednego wieczoru Robert Smith z The Cure zasnął na sofie po czym jakąś godzinę później pojawił się Salman Rushdie, a niedługo po nim przez drzwi przeszła Monica Lewinsky. Niestety bar tak jak powstał w ogromnym szumie, chaosie i entuzjazmie tak dość szybko jego płomień zgasł i czas się wypalił. Serena sprzedała lokum w 2004 roku. Pomimo gigantycznej przemiany wnętrza jakiej dokonał nowy właściciel, tym razem też nie wytrzymał próby czasu i musiał  zamykać interes. Dzisiaj miejsce zieje pustkami. Taki jest Nowy Jork, zmienny jak jego migające światła. Bucha płomieniem podsycanym energią łatwopalnej substancji po czym gaśnie niespodziewanie, bez zapowiedzi.

Nowy Jork
Serena Bar, foto Mike Rogers
Miałam okazje pracować jeszcze później dla Sereny i byłam częścią jej zespołu tworzącego dekoracje do przyjęć. Jedna z najbardziej żywiołowych prac jakie miałam przyjemność wykonywać. Budowanie dekoracji kojarzyło mi się z usypywaniem mandali z piasku. Pracowaliśmy czasami kilka dni mozolnie układając, upinając, skacząc od drabiny do drabiny żeby po paru godzinach wszystko zebrać do pudeł i kosza. Jednak warto było, bo na tę chociaż krótką chwilę kiedy gasły światła a dookoła zapalone były tylko świece wszystko wyglądało jak magia.
Pamiętam jak raz przygotowywaliśmy przyjęcie na tarasie kilku poziomowego apartamentu Davida Copperfielda. Zabrałam lunch i zjechałam windą do wielkiego pomieszczenia z wszystkimi oknami zasłoniętymi ciężkimi, czarnymi kotarami. Usiadłam na podłodze z moją dość kiepską kanapką pomiędzy kolekcją pamiątek związanych z magią, zbieranych przez właściciela mieszkania. Spoglądały na mnie bibeloty Houdiniego a ja poczułam się jak wtedy kiedy pierwszy raz stanęłam na progu mieszkania Sereny; zagryzłam chleb z kurczakiem i pomyślała: właściwie to wszystko jest możliwe.

]]>
<![CDATA[z podróży do stolicy północy]]>Mon, 19 Nov 2018 16:52:47 GMThttp://komorebi.design/blog/z-podrozy-do-stolicy-polnocyZawsze myślałam o Nowym Jorku jak o mieście zawieszonym w chmurach. Zbyt długie zwiedzanie miasta można przypłacić koniecznością noszenia później kołnierza ortopedycznego, bo raczej większość czasu spędzimy z głową zadartą do góry. Tego samego na pewno nie można powiedzieć o Rejkiawiku. Powiedzieć o zabudowie stolicy Islandii niska byłoby niedomówieniem. Uknułam sobie słowo, które dla mnie oddaje idealnie charakter architektoniczny miasta: “domkowate”. Ciasno przylegające do siebie domy najczęściej pokryte są blachą falistą i każdy pomalowany jest na inny, zdecydowany kolor.
Blacha falista jest odpowiedzią na brak drewna jako materiału budulcowego, a odważna i unikatowa kolorystyka rekompensuje brak bogatej roślinności i pomaga przetrwać zimowe dni kiedy światło dzienne dociera do Rejkiawiku na zaledwie skromne cztery godziny.
Islandia
Rejkiawik widok z wieży widokowej kościoła Hallgrimskirkja
Islandia
Rejkiawik
Na tle parterowej zabudowy dwa olbrzymy zaznaczają wyraźnie swoją obecność: hala koncertowa i centrum konferencyjne Harpa oraz najwyższy w mieście i drugi co do wysokości na wyspie obiekt, wieża kościoła Hallgrimskirkja. Nie mam złudzeń, że ktoś zapamięta nazwę i współczuję, jeżeli ktokolwiek czyta to na głos. 
Islandia
Kościół Hallgrimskirkja główne wejście
Islandia
Harpa
Dwie budowle, pomimo że obie nowoczesne to jednak odbiegające od siebie wyglądem znacząco, o zupełnie innym przeznaczeniu i charakterze, które dzieli 25 lat różnicy, a których elewacje inspirowane były tym samym elementem skały bazaltowej dominującej w naturalnym środowisku Islandii. 
Islandia
Skała Bazaltowa
Jeżeli w przypadku kościoła Hallgrimskirkja jego architekt Guðjón Samúelsson (nie do przeczytania) sięgnął po bardziej dosłowną formę tej inspiracji, tak w przypadku Harpy twórca jej elewacji, wybitny artysta pochodzenia islandzkiego Olafur Eliasson potraktował ją w sposób abstrakcyjny.
Hallgrimskirkja jest kościołem luterańskim nazwanym na cześć Islandzkiego poety i duchownego Hallgrímura Péturssona. Jego strzelisty kształt widoczny jest z każdego punktu w mieście a wysokością 74.5 metrów dominuje nad panoramą Rejkiawiku. Jego projekt powstał już w 1937 roku ale budowa rozpoczęła się dopiero po zakończeniu II Wojny światowej i trwała 41 lat. Islandia nie posiada zbyt wielu zabytków czy dzieł architektonicznych i większość turystów wybiera ten kierunek z nastawieniem na doznania krajobrazowe, nie dziwi więc fakt, że Hallgrimskirkja cieszy się ogromną popularnością wśród odwiedzających miasto. Myślę jednak, że większość zwiedzających nie wybiera go ze względu na surowe wnętrze ale ze względu na taras widokowy znajdujący się na szczycie wieży. Okna umieszczone są z każdej strony tak, że mamy wrażenie bycia na dachu miasta.
Islandia
Kościół Hallgrimskirkja widok od tyłu
Islandia
Wnętrze kościoła Hallgrimskirkja
Harpa po Islandzku znaczy harfa co biorąc pod uwagę główne przeznaczenie gmachu mieszczącego cztery sale koncertowe wydaje się jak najbardziej odpowiednie; ale harpa to również islandzka nazwa określająca pierwszy miesiąc wiosny. To bardzo ważny czas dla Islandczyków, przynoszący po długiej i ciemnej zimie “jaśniejsze dni”.  Budynek położony jest na krawędzi lądu i oceanu. Z jednej strony otwiera się na dynamizm miasta a z drugiej otacza go woda. Harpa powstała we współpracy duńskiego architekta Henninga Larsena z artystą Olafurem Eliassonem i przy konsultacji z lokalnym studiem architektonicznym Batteríið. 
Eliasson absolutnie unikatowy artysta, który chyba największy rozgłos zyskał sobie instalacją wodospadów na East River w Nowym Jorku, jest twórcą konceptu południowej fasady Harpy. Do jej powstania użyto szklanych brył, których zadaniem jest odbijanie wszystkich kolorów otoczenia.
W nocy fasadę zalewa blaskiem wbudowane w każdą szklaną bryłę oświetlenie ledowe.
Główna idea jaka przyświecała artyście to odwrócenie istoty budynku jako formy statycznej i wykorzystanie gry światła jako odpowiedzi na ciągle zmieniającą się dynamicznie scenerię.
Jest to budynek właściwie nie do ogarnięcia ani na pierwszy rzut oka ani przy bliższym zwiedzaniu. Z każdej strony wygląda zupełnie inaczej. Jeżeli można by go pomniejszyć do mikroskopijnych rozmiarów to równie dobrze mógłby perfekcyjnie zastąpić oczko pierścionka.
Największe audytorium Harpy mieszczące 1800 gości nosi nazwę Eldborg pochodzącą od wulkanicznego krateru, oznaczającą Ognistą Górę. Jego wnętrze zostało zaprojektowane w dominującym kolorze krwistej czerwieni. Ściany audytorium zostały zbudowane z cementu i wykończone dębowym fornirem lakierowanym na czerwono.

W 2013 roku projekt został uhonorowany najbardziej prestiżowym wśród europejskich wyróżnień, nagrodą Mies van der Rohe.
Wiel Arets, przewodniczący jury podczas wręczania nagrody powiedział: "Harpa uchwyciła ducha narodu Islandii, który przez cały czas trwania Wielkiej Recesji działał świadomie na rzecz powstania tego wielokulturowego projektu. Wspaniałe, przenikające niekończącą się grą kolorowych świateł szklane bryły wyrażają dialog miasta Rejkiawik z wewnętrznym życiem obiektu.
Interdyscyplinarna współpraca architekta Henningime Larsena i artysty Olafura Eliassona nadała tożsamość społeczności  dotąd znanej ze swoich legend a projekt stał się ważnym przesłaniem dla świata i spełnieniem długo oczekiwanego marzenia narodu islandzkiego.”

]]>
<![CDATA[ogród jako oaza zurbanizowanych miast]]>Mon, 12 Nov 2018 17:07:59 GMThttp://komorebi.design/blog/ogrod-jako-oaza-zurbanizowanych-miastNowy Jork
Kiedy byłam jak by to powiedzieć bez konieczności zdradzania wieku młodsza, moi rodzice byli w posiadaniu działki. Nie budowlanej co jest dzisiaj pierwszym, naturalnym skojarzeniem dla młodego pokolenia ale takiej uprawnej, z altanką i grządkami. Właściwie teraz z perspektywy czasu mogę śmiało przyznać, że jeżeli można powiedzieć o Mercedesie wśród działek to nasza na pewno zasługiwała na to miano. Urocza drewniana altanka, równiutkie grządki obsadzone wszelkimi dobrami natury, dominujące pomidory, bez których nie ma życia, przynajmniej dla mnie, drzewa owocowe, krzewy agrestu, malin i porzeczek, winogrono, z którego powstawało wino zwalające z nóg po jednym kieliszku, nie wspominając o idealnie zaprojektowanym kompostniku i tysiącu kwiatów, z których moja mama wyczarowywała bajeczne bukiety. Organiczny raj, którego w tamtych czasach za diabła nie byłam w stanie docenić, a wręcz przeciwnie kiedy słyszałam: "chodź pomożesz plewić"  dostawałam nagłego odrętwienia na samą myśl o siedzeniu między grządkami w pełnym słońcu i wygrzebywaniu trawska spomiędzy maleńkich marchewek. Działka i uprawianie na niej jakichkolwiek roślin wydawały mi się równie obciachowe co picie mleka prosto od krowy. Od tamtego czasu, no jednak zdradzę minęło pewnie jakieś ze trzydzieści lat i po okresie zachwytu nad mlekiem w woreczku, tym w plastikowej butelce i tym z kartonu wróciłam do punktu wyjścia i łapię się na tym, że wstaję wcześnie żeby kupić na targu żywność z metką bio płacąc za nią ileś tam razy więcej, że jajka przywożę ze wsi od pani która sama hoduje kury, że jak sąsiad pan Zbyszek przyniesie kosze jedzenia prosto z ogrodu to jestem szczęśliwa jak dziecko, że posadziłam zioła na balkonie, pomimo, że nie mam ręki do upraw i udają się tak sobie. Jeszcze tylko krowy nie doję sama. Fascynuje mnie droga jaką przeszliśmy w naszym myśleniu żeby na końcu znaleźć się w tym samym miejsc,u w którym już raz byliśmy. Szkoda jednak, że trzeba było tylu lat żeby zrozumieć, że uprawa własnej rukoli na grządce może być "cool".

Nowy Jork
Często przechodząc obok ogródków działkowych pojawia mi się obraz zapamiętany z dzieciństwa, do którego mam sentyment, działkowiczek w bikini spalonych słońcem i w nieodzownym słomkowym kapeluszu z wielkim rondem, pochylonych nad koprem włoskim. Lubię tą senną atmosferę brzęczących owadów i dźwięków różnych audycji radiowych dobiegających z małych domków. Lubię podpatrywać co ludzie sadzą na grządkach i pomimo, że sporo właścicieli zamieniło dawne uprawy na formę bardziej rekreacyjną, tylko z trawą i tujami, to ciągle, jest to własna oaza zieleni wśród chaosu i zgiełku miasta. 
Światowe metropolie, każda na swój sposób, radzą sobie z brakiem terenów zielonych,  oczywiście parki miejskie są tu najczęstszą odpowiedzią na ten problem  ale cieszy to, że na parkach nie poprzestają.
Latem 2016 roku w Paryżu uchwalono nowe prawo zachęcające mieszkańców do zakładania i uprawiania własnych ogrodów miejskich. Do roku 2020 władze Paryża przewidują powiększenie terenów zielonych o 100 hektarów z czego 1/3 przewidziana jest pod uprawę warzyw i owoców. Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że najczęściej wykorzystywanymi pod uprawy w Paryżu terenami są dachy budynków. Wykorzystywane są dachy nie tylko przestrzeni publicznej ale też bloki mieszkalne, kamienice, apartamentowce. Pozostając na tej drodze Paryż ma szanse stać się najbardziej przyjaznym dla ogrodów miastem świata.

Poza naturalnymi korzyściami płynącymi z tak sformułowanego prawa jak oczywiście dbanie o  środowisko, umożliwienie mieszkańcom częstsze przebywania pośród zieleni, uprawa własnego jedzenia i naturalna izolacja dachów to ideologia niosąca ze sobą jeszcze jedno bardzo istotne przesłanie a mianowicie zacieśnianie więzi lokalnych. Jeżeli w restauracjach powstają stoły wspólnotowe to tym bardziej uprawianie wspólnego ogrodu i dzielenie się jego plonami przez mieszkańców jednej kamienicy może być podstawową do budowania lepszych relacji sąsiedzkich.  Przestajemy być sobie obcy i przy spotkaniu w windzie nie musimy już nerwowo liczyć kolejnych pięter.
Nowy Jork poza swoimi wyjątkowymi parkami i ogrodami z czego najsłynniejszy Central Park powstały w 1857 roku zajmuje 3,41 km2 powierzchni Manhattanu, postawił również na ogrody wspólnotowe (community garden).
Nowy Jork
Historia ogrodów wspólnotowych sięga roku 1970 i jest związana z ekonomicznym kryzysem, który postawił miasto na krawędzi bankructwa i  z około 400,000 arów opuszczonych i niezagospodarowanych gruntów. Dziury pustych parceli odstraszały zaniedbanym wyglądem gromadzących się śmieci. W 1973 roku mieszkanka części Manhattanu znanej jako Lower East Side, niejaka Liz Christine postanowiła walczyć z nieużytkami. Założyła grupę Green Guerillas (ang. Zieloni Partyzanci), której celem było  zazielenienie opuszczonych gruntów. Ich praca była o tyle utrudniona, że często działki były niedostępne. Wrzucali więc na ślepo nasiona, nawóz i wodę licząc, że przynajmniej część z nich zakiełkuje i przeobrazi niezabudowane parcele. 
Szczególną uwagę Liz przykuła opuszczona działka na rogu ulic Bowery i Houston. To właśnie tutaj orędowniczka zieleni wraz ze swoimi Green Guerillas utworzyła pierwszy w Nowym Jorku ogród wspólnotowy.


​Ochotnicy oczyścili teren ze śmieci, nawieźli ziemię, posadzili drzewa, zaplanowali uprawę warzyw i ogrodzili nowo powstały ogród. W 1974 roku miasto uszanowało starania jego mieszkańców i wydzierżawiło ogród wspólnocie za symboliczną kwotę jednego dolara miesięcznie. Ten pierwszy ogród wspólnotowy nazwany od imienia i nazwiska jego założycielki Liz Christine można odwiedzać po dzień dzisiejszy. Stał się również inspiracją dla kolejnych prawie sześciuset przeobrażeń bo około tylu ogrodów wspólnotowych znajduje się dzisiaj w mieście. Nazywany często, moim zdaniem niezasłużenie betonową dżunglą, Nowy Jork ma największą w całych Stanach sieć ogrodów wspólnotowych a miejskie farmy przeznaczone pod uprawę warzyw i owoców nie są już niczym niezwykłym.
Nowy Jork
Myślę, że idea ogrodów wspólnotowych oparta na czystym wolontariacie buduje silne podstawy dzielnic a te wzmacniają całe miasto. Szczególnie w mieście takim jak Nowy Jork gdzie każdy jest skądś, możliwość wspólnego tworzenia czegoś tak niezwykłego czym jest ogród pozwala na łatwiejszą adaptację i nawiązanie kontaktów. Ogrody te służą nie tylko jako naturalne schronienie przed zgiełkiem miasta, w którym szukamy i znajdujemy wytchnienie ale również miejsce w którym można zorganizować ważną dla nas uroczystość. 
Moja bliska znajoma Janene jest w zarządzie jednego z wyjątkowych ogrodów o tajemniczej nazwie 6BC mieszczącego się przy Szóstej Ulicy pomiędzy Alejami A i B. Janene, która pochodzi z bogatej w roślinność Nowej Zelandii, mówiąc o  "swoim ogrodzi" używa dokładnie tego samego zwrotu, którego i ja jak i pewnie wszyscy, dla których naturalna przyroda ma tak wielkie znaczenie, a mianowicie: oaza. 

Nowy Jork
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie było wspanialszej oazy na zjedzenie lunchu niż ogród mieszczący się dosłownie za rogiem od mojego ostatniego miejsca pracy w Nowym Jorku. West Side Community Garden zamienia się każdej wiosny w miejsce magiczne kiedy zaczyna kwitnąć 13000 tulipanów posadzonych w listopadzie przez ochotników. Móc usiąść pośród tych wszystkich kwiatów w ciepłym wiosennym słońcu kiedy w pracy spędzamy po 10 godzin dziennie a wokół nas zgiełk miasta, uważam za jeden z największych dobrodziejstw i nie zawaham się nazwać tego momentu przywilejem.
Czy to ogródek działkowy, czy farma na dachu czy ogród wspólnotowy, jest naszym obowiązkiem wobec tej planety, którą nazywamy domem i wobec nas samych aby było ich jak najwięcej. Musimy zadbać o to żeby nasze dzieci wiedziały, że marchew nie pochodzi z półki supermarketu.
Dzielę się tymi spostrzeżeniami bo wierzę, że zawód projektanta wnętrz, który z dumą wykonuję nie ogranicza się do wyboru koloru farby i tkaniny na sofę. Myślę, że polega przede wszystkim na tworzeniu lepszej przestrzeni życiowej . Czy tworzenie zielonych przestrzeni nie jest jedną z form tego ulepszania?

Nie przychodzą mi na koniec lepsze słowa niż te, które napisała do mnie Janene dzieląc się swoimi doświadczeniami z ukochanego  ogrodu, więc pozwolę sobie ją tylko zacytować:
" Ogrody wspólnotowe są wybawieniem dla nas mieszkających w ciasnych, manhattanskich kawalerkach bez dostępu do balkonu czy jakiejkolwiek przestrzeni na zewnątrz. 
Dostarczają jakże cennej, zielonej przestrzeni, dzięki której życie w mieście staje się dużo łatwiejsze do zniesienia."


**********Ten wpis nie byłby możliwy bez współpracy z wyjątkową osobą jaką jest Janene Knox która była nie tylko wyjątkową inspiracja ale zgodziła się również udostępnić zdjęcia 6BC ogrodu pochodzące z jej własnej kolekcji*******
**********Wszystkie zdjęcia są zrobione przez Janene Knox i przedstawiają ogród 6BC***************

]]>
<![CDATA[nowe życie starych budowli]]>Mon, 05 Nov 2018 16:20:15 GMThttp://komorebi.design/blog/nowe-zycie-starych-budowliNowy JorkPennsylvania Station, rok 1910, widok od strony północnego wschodu, foto: Detroit Publishing Company
Nowojorska Pennsylvania Station to jeden z najbardziej dynamicznych węzłów komunikacyjnych zachodniej półkuli. Każdego dnia obsługuje około 350 000 pasażerów próbujących zdążyć czy to na pociąg odjeżdżający poza granice miasta czy lokalne metro.
Nie jestem zwolennikiem powiedzenia “dałabym sobie rękę uciąć” bo ręce są mi jednak dość potrzebne a żyjemy w czasach, w których o pomyłkę nietrudno ale byłabym skłonna się założyć, że z tych 350 tysięcy, nieważne czy kupujących bilet, czy siedzących już w pociągu czy tych wiszących na poręczy z książką w metrze rzadko kto wie czy też zastanawia się, że Penn Station jak nazywany jest dworzec w skrócie nie zawsze tak wyglądał. 
Kiedy w 1963 roku zapadła decyzja o zburzeniu głównego budynku stacji już wtedy ten akt bezsprzecznego wandalizmu wzbudził wiele kontrowersji. Uważa się, że ta gigantyczna rozbiórka zapoczątkowała narodziny organizacji chroniącej zabytki w Nowym Jorku, dzięki działalności której ocalał miedzy innymi słynny dworzec Grand Central. 
Oryginalny Penn Station został zaprojektowany dzięki współpracy trzech architektów: McKim’a, Mead’a i White’a a prace nad nim ukończono w 1910 roku. Dworzec wraz z halą peronową uznany został za jedno z największych osiągnięć ówczesnej architektury Nowego Jorku oraz arcydzieło stylu Beaux-Arts. 

Nowy JorkMadison Square Garden, foto: Iwan Baan
Kiedy w 1950 roku spadło zapotrzebowanie na transport kolejowy utrzymanie tak potężnego budynku jakim był ówczesny dworzec przestało być rentowne i zapadła decyzja o jego rozbiórce. 
Biorąc pod uwagę, że jego miejsce zajęła dzisiejsza hala widowiskowa Madison Square Garden to z pewnością znajdą się tacy, którzy wykrzykną hip hip hura. Madison Square Garden pomimo, że świetnie przemyślana w sensie praktycznym to jednak nie jest wyczynem na skalę światowej architektury. Zyskała sobie jednak miano “serca miasta” kiedy w grę wchodzą wszelkiego rodzaju imprezy sportowe, kulturalne czy koncerty muzyczne. Swoją sławę i bezsprzeczny status zawdzięcza więc bardziej funkcji i przeznaczeniu. Ciężko polemizować z takimi argumentami ale nie mogę się jednak przemóc żeby nie zamieszać i nie postawić pytania: czy mamy prawo do burzenia dzieł architektury, które zyskują miano światowych zamiast wykorzystania ich w innym celu?
Nie jest moim zamiarem skupianie się na aspektach historycznych całego przedsięwzięcia czy też na walorach estetycznych. Tak naprawdę interesuje mnie ten jeden aspekt: był Penn Station i go nie ma a w każdym razie nie istnieje już ta część nadziemna, wspaniała ikona architektury . Interesuje mnie również w odniesieniu do innym przykładów, w których działalność ludzka odmieniła bieg wydarzeń i od rozbiórki uchroniono chociażby takie “pamiątki” przeszłości jak linia kolejowa High Line zamieniona na park. 

Nowy JorkPennsylvania Station, Hala Dworcowa, foto: United States Library of Congress's Prints and Photographs division
Pomimo że dzisiaj potrafimy dostrzec wyraźniej walory ocalania i rewitalizacji to jednak ciągle te zabiegi okupione są walką o świadomość i wymagają ogromnej siły perswazji. Jest to praca u podstaw, która nie przychodzi łatwo i wiąże się z głęboką edukacją i wrażliwością. Zdrowy rozsądek podpowiada branie pod uwagę argumenty związane z walorami ekonomicznymi chociaż w tym temacie też chciałaby zamieszać, bo czy ekonomia powinna zawsze odgrywać czołową rolę? Szczególnie jeżeli chodzi o utracenie części przeszłości, to czy ma pozycję argumentu koronnego? A co jeżeli ta przeszłość wiąże się z naszym poczuciem przynależności? Z świadomością kim jesteśmy i skąd pochodzimy?
Żyjemy w świecie który już nie idzie naprzód tylko pędzi z szybkością światła, telefon kupiony dzisiaj staje się przeżytkiem jutro. Dzieci przychodzą na świat z umiejętnością obsługi tabletu. Pytanie, które powstaje, to nie czy podążamy wystarczająco szybko tylko dokąd my tak pędzimy i co zostawiamy po sobie? Tu zataczamy koło i pytamy, burzyć czy ratować?

Nowy Jork
Pennsylvania Station, rok 1911, Główna poczekalnia, foto: Detroit Publishing Company
Nowy JorkThe High Line, foto Iwan Baan
Projekt zagospodarowania linii kolejowej High Line i utworzenia w jej miejsce parku zawieszonego prawie 10 metrów nad ulicami Manhattanu to jeden z tych, do których czuję wyjątkową słabość. Pomimo, że park okupowany jest tak tłumnie przez turystów i miejscowych, że trudno w nim tak naprawdę odpocząć to sama idea, projekt, wykonanie i przeznaczenie ciągle zachwycają. W dużej mierze mój zachwyt na pewno wiąże się z ciągłą wewnętrzną potrzebą łączenia wyjątkowej architektury z naturą i przekonaniem, że podstawą urbanizacji dzisiejszych miast są miejsca, w których można się “schronić” i do których można “uciec”.

Nowy JorkWidok na High Line w kierunku północnym, okolice 19th Ulicy, foto: autor nieznany
Oryginalna linia kolejowa przebiegała ulicami Zachodniego Manhattanu a dokładniej Dziesiątą i Jedenastą Aleją od dnia jej ukończenia w 1847 roku. Jej głównym zadaniem był transport węgla i żywności, okazało się jednak, że wraz z ekspedycją dóbr pochłania ona ogromne ofiary w ludziach. Przez ilość śmiertelnych wypadków które zdarzały się każdego dnia na torach, Dziesiąta Aleja zyskała miano “Alei śmierci”. Debata mająca na celu zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom miasta rozpoczęła się już w roku 1900, a w 1927 zatwierdzono projekt budowy kolei wzniesionej ponad ulicami. Ostatni pociąg przejechał po torach na wysokości około roku 1980. W tamtym czasie nikt raczej nie zakładał, że budowlę mógłby czekać inny los niż rozbiórka. Wydawała się bezużyteczna. Zaniedbana, metalowa konstrukcja bardziej straszyła niż napawała optymizmem. Szyny porastały gęstą roślinnością a wysokie trawy można było dostrzec obserwując kolej z wyższych punktów miasta.

Nowy Jork
High Line patrząc w kierunku wschodnim, okolice 30th Ulicy, Maj 2001 rok, foto: Joel Sternfeld
Jednak los okazał się dla niej łaskawy i przewidział dla niej zupełnie inną przyszłość. W 1999 roku zawiązała się organizacja nonprofit “Friends of the High Line” , która wzięła sobie za cel wzbudzenie świadomości wśród mieszkańców miasta o potrzebie rewitalizacji niszczejącej budowli.
Nowy Jork
foto: Timothy Schenck
Nie sposób mówić o High Line nie wspominając o inspiracji jaką dla powstałej organizacji była podobna adaptacja a mianowicie utworzona w 1993 roku Promenade Plantee w Paryżu. Promenade Plantee jest parkiem o długości prawie pięciu kilometrów, który powstał w miejsce opuszczonej infrastruktury kolejowej podobnie jak w Nowym Jorku wzniesionej ponad ulicami miasta.
Blog
Promenade Plantee, Paryż, foto: Alamy
ObrazHigh Line, 17th Ulica i 10th Aleja, foto: Iwan Baan
Wygrana konkursu na projekt parku High Line przypadła w udziale zespołowi, w skład którego weszli architekt krajobrazu James Corner, studio architektoniczne Diller Scofidio + Renfro oraz projektant ogrodów Piet Oudolf. 
​Industrialna konstrukcja i przyroda, która zawładnęła budowlą na długie lata porastając całość jak w apokaliptycznym filmie "Ziemia po ludziach", były inspiracją dla twórców tego magicznego miejsca. High Line sprawia wrażenie uporządkowanego nieładu. Częściowo zachowane szyny jak i roślinność która już się tam świetnie przyjęła przypominają o dzikości miejsca, jednocześnie wprowadzenie takich materiałów jak drewno czy cement podkreślają więź z nowoczesnym charakterem miasta.
Park wpisał się tak mocno w dzielnicę Chelsea, w której się znajduje, że trudno przywołać w pamięci moment kiedy go tam nie było.
High Line powstawał w częściach i od momentu zawiązania się organizacji Friends of the High Line aż do chwili otwarcia jego pierwszego odcinka na odcinku między Gansevoort  a 20tą Ulicą minęło 10 lat. Kolejno w latach 2011 i 2014 otwarto dwa pozostałe fragmenty, tak, że na chwilę obecną park sięga 34ej Ulicy i ma długość ponad dwóch kilometrów. Ukończenie prac nad ostatnim odcinkiem jest przewidziane na wiosnę 2019 roku. Fascynującą częścią tego zamysłu jest fakt, że ramiona High Line nie sięgają tylko dziesięciu metrów ponad głowami przechodniów. Sukces tego projektu sprowokował powstanie całej sieci podobnych zamierzeń, które czekają na swoją realizacje. High Line zainspirował grupę ludzi, która ma pomóc w powstaniu kolejnych, podobnych adaptacji w całych Stanach Zjednoczonych. Na chwilę obecną grupa ta pracuje nad osiemnastoma podobnym projektami.

Nowy Jork
foto: Rick Darke
Nowy Jork
foto: Timothy Schenck
Swoją własną batalię o zachowanie zabytku stoczyli mieszkańcy miasteczek Poughkeepsie i Highland w stanie Nowy Jork, którzy zawalczyli o most kolejowy łączący oba te miasta po dwóch stronach rzeki Hudson. Zniszczony w pożarze most został zamknięty w 1974 roku. Dzięki ich staraniom w roku 2009 udostępniono go ponownie do użytku publicznego tym razem z przeznaczeniem spacerowym tworząc w dosłownym tłumaczeniu “Chodnik nad rzeką Hudson”.
Nowy Jork
foto: walkway.org
Okazuje się, że idea rewitalizacji linii kolejowej High Line jest zaraźliwa również poza granicami Ameryki Północnej.
Szwedzkie studio architektoniczne Urban Nouveau przedstawiło nie tak dawno pomysł ratowania sztokholmskiego mostu Gamla Lidingöbron. Pochodzący z 1920 roku most łączący Sztokholm z wyspą Lidingo służy do transportu kolejowego i pieszego. Na rok 2019 przewidziano budowę nowego mostu a stary ma zostać zdemontowany w roku 2022.
Urban Nouveau proponuje zachowanie oryginalnej budowli i zaadoptowanie jej częściowo na mieszkania w dolnej konstrukcji mostu i utworzenie parku w górnej podobnie jak to zostało zrobione z High Line.
Inspirujący zdaje się być argument jakiego używają architekci aby przekonać władze do swojego projektu: według nich stary most posiada pamięć zbiorową, która nie powinna zostać wymazana. Ich plan zmiany przeznaczenia konstrukcji ma na celu tchnięcie nowego życia w budowlę i uczynienia z niej symbolu Sztokholmu.
blog
Most Gamla Lidingöbron, foto: Urban Nouveau
To chyba najlepsza kwintesencja jaka rodzi się z tego doświadczenia: zmiana przeznaczenia do tej pory bezużytecznej konstrukcji nadaje nie tylko jej nowe życie. To nowe życie dla dzielnicy i miasta. Dla nas samych. To system misternie połączonych naczyń, których czy tego chcemy czy nie jesteśmy nierozerwalną częścią.

]]>
<![CDATA[szukając inspiracji przy projektowaniu wnętrz]]>Mon, 29 Oct 2018 14:32:24 GMThttp://komorebi.design/blog/szukajac-inspiracji-przy-projektowaniu-wnetrzNowy JorkFoto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
Kiedy myślę o projektowaniu wnętrz, o filozofii która zawsze mi przyświecała kiedy stawałam przed każdym nowym wyzwaniem, to nasuwają mi się dwa ulubione słowa: inspiracja i otwartość. Słowa "ładne" i "miłe" natomiast powinny być ustawowo zakazane jako te, które  miałyby określać wartość projektu. W odniesieniu do architektury nie znaczą one nic.
Mam wewnętrzną potrzebę ciągłego inspirowania się. Dziecinną radość z bycia wow, dotykania materiału, z którego zrobiony jest stół w restauracji i zachwytu, że nie wiem co to za tworzywo. Chcę móc jak najczęściej być w stanie ekscytacji płynącej z samego rozglądania się. Chcę widzieć rzeczy, na które sama nie wpadłam i być szczęśliwą, że ktoś jednak o tym pomyślał.
Wnętrze jest dla mnie równie ważne jak produkt lub usługa, która jest w nim oferowana.
Absolutnie rozumiem, że istnieją budki z najlepszą wietnamską zupą świata, których wygląd pozostawia wiele do życzenia a mimo wszystko smakosze będą wracać dla tego wyjątkowego dania; nie zmienia to jednak mojego przekonania, że dobrze zaprojektowane wnętrza mają ogromny wpływ na nas i na to jak patrzymy na świat.
Ten wpis będzie więc trochę egoistyczny bo mówiący o mojej personalnej inspiracji i fascynacji kosmetyczną marką Aesop, rodem z Australii, i nie chodzi mi o sam produkt, pomimo że jest znakomity ale o wnętrza sklepów projektowanych dla firmy na całym świecie przez często wybitnych architektów i projektantów.

Nowy Jork
Foto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
W 2011 roku na nowojorskim dworcu kolejowym Grand Central stanął na pierwszy rzut oka niepozornie wyglądający kiosk. Miał być zaproszeniem do zapoznania się z marką Aesop, która właśnie wchodziła na rynek amerykański. 
Nowy JorkFoto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
 Właściwie nie było w tym nic niezwykłego, takich tymczasowych sklepików powstaje masę i na większość nikt nie zwraca uwagi. Ten był jednak wyjątkowy. Zaprojektowany przez architekta Jerem’iego Barbour'a reprezentującego studio Tacklebox z Brooklynu, składał się z 1800 kopi gazety The New York Times pochodzących z recyklingu.  Magazyny zostały ułożone jeden na drugim i poddane procesowi, który stworzył solidną masę. Podstawą i zwieńczeniem każdej bryły były arkusze aluminium malowanego metodą proszkową. Kiosk miał być symbolicznym uściskiem dłoni nowej marki z miastem. Jego celem było informować i zapoznać przyszłych klientów z  produktem. Dziennik The New York Times ujmując metaforycznie jest dla mieszkańców Wielkiego Jabłka  jak biblia. Użycie właśnie tego materiału to nie tylko ukłon w stronę 750,000 pasażerów przemierzających Grand Central każdego dnia ale również nawiązanie do codziennej rutyny.
Właściwie i od strony marketingowej, i od strony zamysłu projektowego wykorzystującego zbędny materiał do stworzenia czegoś tak przemyślanego, pomysł jest znakomity.

Nowy JorkFoto Aesop
Ten sam element dekoracyjny Jeremy Barbour wykorzystał później przy projektowaniu pierwszego sklepu Aesop w Nowym Jorku w części Manhattanu znanego
​jako Nolita.
Tym razem użyto 2800 kopi tego samego magazynu, również pochodzącego
​z recyklingu. 
Dla twórców marki słowo pisane ma ogromne znaczenie i jest wykorzystywane nie tylko do standardowej reklamy, opisu produktu czy historii marki. Aesop lubuje się w posługiwaniu cytatami a ich strona internetowa to również fascynujące wywiady, opowiadania, artykuły, recenzje książek i filmów. Tym bardziej użycie New York Times w ich pierwszym sklepie w Nowym Jorku ma znaczenie wręcz symboliczne. Posługując się wolnym tłumaczeniem z opisu projektu w perfekcyjny sposób oddaje ducha marki, wiarę, że gazety codzienne takie jak chociażby New York Times są namacalnym świadkiem upływających dni, ale przy użyciu ich jak cegły do wyłożenia ścian stają się kapsułą czasu która ma zwolnić pęd chaotycznego miasta.
“ Wnętrze tego sklepu jest dowodem na istnienie spowolnienia gdzie czas nie jest postrzegany jako wróg tylko jako przyjaciel a chwile zatrzymują się aby trwać”.

Nowy JorkFoto Aesop
Sklep Aesop w Kyoto zaprojektowany został przez studio architektoniczne Simplicity.
Inspiracje do stworzenia tego wnętrza architekci zaczerpnęli
​z lokalnych źródeł: książki "Pochwała Cienia" napisanej przez Junichiro Tanizaki, sztuki czternastowiecznego
aktora i dramatopisarza Zeami Motokiyo, architektury historycznych, drewnianych kamienic Kyoto oraz sposobu pisania japońskiego tekstu w pionie. 

Nowy JorkFoto Aesop
Aesop w Singapurze jest dziełem norweskiego studia architektonicznego o światowej sławie Snohetta. Mieści się przy jednej z głównych ulic zakupowych Orchard Road (ang. Droga do Sadu).
Według przekazów, w XIX wieku mogła to być droga prowadząca na plantację gałki muszkatałowej. Historia tego miejsca związana z plantacją stała się inspiracją dla architektów do stworzenia wnętrza w oparciu o zwisające z sufitu metalowe elementy imitujące las odwrócony "do góry nogami" oraz poprzez delikatne użycie warstw materiału, koloru i formy. 

Nowy JorkFoto Aesop
W Mediolanie mieszczą się dwa sklepy Aesop; ten przy Corso Magenta jest dziełem lokalnych projektantów ze  studia Dimore. Jego położenie przy tej samej ulicy na której mieści się kościół, w którym podziwiać można niezwykłe dzieło Leonarda Da Vinci "Ostatnia Wieczerza" oraz sąsiedztwo sławnej piekarni Marchesi, której historia sięga 200 lat, miało wpływ na utrzymanie wnętrza w silnym poszanowaniu włoskiego a bardziej mediolańskiego dziedzictwa. Do zaprojektowania przestrzeni posłużyły typowe materiały  używane w spiżarniach włoskich domów z 1930 roku jak również lokalnych małych piwniczek.

Nowy JorkFoto Aesop
 Jednym z największych sklepów Aesop jest ten mieszczący się przy ulicy James w Brisbane w Australii. Jest to również siedemnasty sklep zaprojektowany dla marki przez Rodneya Eggleston'a reprezentującego studio March. Inspiracją do stworzenia tego wnętrza były po części lejkowate rzeźby Anish Kapoor jak również samo otoczenie gdzie tropikalna pogoda i ocean zachęca do uprawiania sportów wodnych. Dominujący we wnętrzu materiał, włókno szklane, jest często używany do produkcji kajaków, desek surfingowych i naziemnych basenów. Zamiarem projektanta było zatarcie granicy pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym jak również podziału między architekturą a przedmiotem.

Według danych z 2017 roku Aesop posiada ponad 100 sklepów w 50 krajach. Najciekawsze jednak jest to , że nie istnieją dwa takie same sklepy. Każde wnętrze jest unikatowe, zaprojektowane specjalnie z myślą o odbiorcy w danym kraju czy mieście czy nawet ulicy z ogromnym poszanowaniem do lokalności. Wnętrze ma intrygować i inspirować ale jednocześnie sklep powinien pozostać w zgodzie z otoczeniem. 
W 2012 roku  założyciel marki Dennis Paphitis udzielił bardzo obszernego wywiadu, który ukazał się na łamach Dezeen Magazine. Pomimo, że same wnętrza mogą zachwycać to jednak jego słowa o nich są prawdziwą inspiracją: " Byłem przerażony myślą, że Aesop może się zamienić w sieć sklepów pozbawionych duszy. Zawsze sobie wyobrażałem, że to co robimy porównać można do złotej bransoletki spoczywającej na opalonym nadgarstku wytwornej Europejki, która podróżuje i kolekcjonuje fascynujące historie."
Nowy Jork
Największy sklep Aesop, Los Angeles, Kalifornia, USA. Zaprojektowany przez Brooks + Scarpa. Foto Aesop
]]>
<![CDATA[bistro- wnętrze komfortowe]]>Mon, 22 Oct 2018 16:29:10 GMThttp://komorebi.design/blog/bistro-wnetrze-komfortoweNowy JorkRestauracja Edward's Tribeca NYC
Według obecnych danych w samym mieście Nowy Jork jest około 26,000 restauracji. Na jakąkolwiek z kuchni przyjdzie nam akurat smak to możemy być pewni, że w którejś z części miasta, mniej lub bardziej uczęszczanej ją znajdziemy.
Podobnie jest z wystrojem wnętrza, bez względu czy szukamy skandynawskiego minimalizmu czy totalnego kiczu czy zgiełku azjatyckich neonów, czy zen z mnichem za kontuarem, czy pana Hindusa grającego w oknie na jemu tylko znanym instrumencie to przy naprawdę niewielkim wysiłku trafimy na pożądany klimat.
W Wielkim Jabłku nie ma pojęcia niemożliwe i nie da się. Na ogół na pytanie - a czy macie to? padnie odpowiedź -  tak, to też tutaj jest. Jak ze wszystkim jednak w życiu tak i w tym przypadku ten wachlarz wyborów i przepych istniejących opcji może być równie fascynujący jak i przytłaczający. 
Zdarzają się momenty, w których nie ma się ochoty na spożywanie ani bizona pod dymiącymi liśćmi baobabu, ani sałatki z bławatków ani tym bardziej na siedzenie pod sufitem, z którego zwisają tony bibułek, dekoracji, światełek i kto wie czego jeszcze.
To są momenty kiedy powraca się do starego, niezawodnego i tradycyjnego bistro.

Nowy JorkMarmur karraryjski
Jeżeli wierzyć w objaśnienie Wikipedii to słowo Bistro  oznacza niewielki lokal gastronomiczny w Paryżu, często zajmujący narożny budynek, który jest specyficzną kombinacją restauracji, z barem i kawiarnią. Jak dla mnie wyjaśnienie dość bezduszne chociaż wierne.
​Dla nowojorczyka bistro w pierwszym skojarzeniu to zawsze będzie comfort food czyli jedzenie poprawiające nastrój, przywołujące dobre wspomnienia, proste smaki, dobrze znane, do których czujemy sentyment. Drugie skojarzenie to wnętrze. Tradycyjne bistro, wyrosłe na wpływach francuskich będzie się opierać zawsze na połączeniu ciemnego, podniszczonego drewna, karraryjskiego marmuru i białych kafelek cegiełek. Co ciekawe, bistro to chyba jedyne miejsce, w którym nikt nie przejmuje się patyną jaka powstaje na niczym niezabezpieczonym, jasnym marmurze i im więcej wylanego czerwonego wina i naturalnych zarysowań lub obtłuczeń tym lepiej. W ciągu wielu lat pracy w Nowym Jorku zdarzyli się nam klienci, którzy nie chcieli słyszeć o żadnym innym materiale na blat jak tylko marmur karraryjski. Ten moment, w którym klient prosi żeby wyglądało jak bistro tylko bez plam jest błogim momentem kompletnego braku konsekwencji jakże częstym i jak bardzo niepożądanym w naszym zawodzie. Po nałożeniu miliona warstw impregnatu pozostawało tylko trzymać kciuki, że nalewane czerwone wino kiedy ścieknie po kieliszku to zostanie szybko wytarte i nie pozostawi pod nóżką różowego wianuszka przyprawiającego o zawrót głowy. Ciekawe, że to co wydaje się nam być stylowe w restauracji, naturalny kamień, którym zachwycamy się podróżując po Włoszech czy Francji przenosimy do naszych domów z jednoczesną potrzebą “poprawienia” go na tyle aby zachował swój pierwotny perfekcjonizm. Marmur to żywy materiał, którego piękno nie tkwi tylko w głębi i ilości żyłek ale podkreśla je czas i historia odciśnięta życiem rodzinnym, które się przy nim toczy.

Nowy Jork
Resturacja Edward's Tribeca NYC
Przy powstaniu restauracji typu bistro nierzadko, nowe, drewniane blaty okłada się ile wlezie ciężkimi łańcuchami i czym tam popadnie, aby po tej operacji wyglądały tak jakby Toulouse-Lautrec przed chwilą odszedł właśnie od stolika a teraz my możemy napić się przy nim mimozy.
Nowy Jork
Myślę, że powód dla którego nowojorczycy tak chętnie wybierają bistro i tak tłumnie gromadzą się przy marmurowym barze w piątkowe wieczory to komfort nie tylko w odniesieniu do jedzenia ale do wszystkiego co łączy się z tym miejscem. 
Kultura biesiadowania w stylu bistro przeniesiona z Paryża, promująca miejsce w klimacie luźnej elegancji, niezobowiązujące,  o umiarkowanych cenach, gdzie można zjeść cały obiad ale równie dobrze zamówić tylko kawę lub przekąskę, przyjęła się fantastycznie w mieście pełnym chaosu gdzie ilość podejmowanych dziennie decyzji potrafi przygnieść. To takie miejsce łatwe do lubienia gdzie wnętrze i jadłospis są proste, i nienarzucające się a jednocześnie na tyle pożądane, że chce się do niego wracać.
Styl paryskiego bistro przywołuje nostalgię Starego Kontynentu, ma duszę europejskości a europejski to jeden z ukochanych przymiotników po drugiej stronie oceanu. Ponieważ jednak Nowy Jork rządzi się swoimi prawami to jeżeli chcemy zakosztować klasycznej kuchni francuskiej to skierujmy nasze kroki do jednej z wielu fantastycznych francuskich restauracji lub udajmy się do Paryża. W bistro nawet okraszonym przymiotnikiem francuskie, w karcie co prawda znajdą się tradycyjne przysmaki znad Loary, będzie tam i zupa cebulowa, i stek ale też makaron i jajka po benedyktyńsku, i krwawa Mary, i burger, i nawet czasami guacamole. W ten właśnie fantastycznie nowojorski sposób powstało bistro amerykańskie!

Nowy JorkRestauracja Edward's Tribeca NYC
Restauracje typu bistro mają też jeszcze jedną, wyjątkowa cechę, która dla mnie ma szczególne znaczenie, a mianowicie często stają się częścią lokalnej społeczności. Klienci odwiedzają je całymi rodzinami, kelnerzy pamiętają imiona dzieci, stali bywalcy przesiadują tam kilka razy w tygodniu, samotni zaprzyjaźniają się z barmanami.  Stają się elementem chociaż w minimalnym stopniu scalającym sąsiedztwo.
Na pewno część tego zjawiska związana jest z samym charakterem nowojorczyków, z tym, że są ludźmi otwartymi, podejmującymi rozmowę w bardzo łatwy sposób, wręcz gadatliwymi. Nie jest żadną tajemnica, że sprzedawca, u którego kupisz dwa razy kawę za trzecim razem będzie już pamiętał nie tylko ciebie ale też ile mleka i cukru używasz. Ludzie łatwo komunikują się i łatwo zaprzyjaźniają. Może nie są to przyjaźnie super głębokie, raczej nie takie na życie ale są ważne, szczególnie w dzisiejszym świecie gdzie telefon komórkowy zastąpił żywego człowieka.
Wierze, że równie odpowiedzialne za wyżej wymienione zjawisko jest samo wnętrze bistro.
To, że chce się w nim być i nie wychodzić. To połączenie ciemno brązowego drewna, swojskich, białych kafelek i podniszczonego marmuru powoduje, że w zimie jest ciepło i przytulnie a dodatkowo w lecie otwarte na oścież okiennice wpuszczają idealną ilość słońca.

Nowy JorkRestauracja Lucky Strike NYC
Keith McNally jest jednym z najbardziej znanych nowojorskich restauratorów. Od 1980 roku kiedy zaistniał na kulinarnej mapie Gotham zbudował prawdziwe imperium restauracyjne w oparciu o styl francuskiego bistro. Jego umiłowanie do europejskich antyków jest tak wielkie, że często sprowadzał oryginalne elementy do dekoracji wnętrz swoich restauracji z samego źródła. Stał się prawdziwym koneserem stylu a jego restauracje nie rzadko są tłem do filmowych scenografii.
Wspominając jeden z wywiadów jakich udzielił dla New York Timesa inspirujące było w nim stwierdzenie, że zawsze stara się aby tworzone przez niego wnętrza restauracji były ponadczasowe. Dokłada starań aby się nigdy nie zestrzały. Jego celem jest spojrzeć na wnętrze lokalu po pięciu latach od jego powstania ze świadomością, że nic by w nim nie zmienił. 
​Stwierdzenie, z którym nigdy bym się nie zgodziła jeżeli chodzi o mieszkania i osobiście przeraża mnie wizja, że projektowane są wnętrza domów z myślą o utrzymaniu ich w takim samym stanie przez następne “dziesiąt” lat, jednak może w projektowaniu wnętrza restauracji to jest to sedno sukcesu? Jeżeli bistro Lucky Strike otwarte przez Keitha McNally i Edwarda Youkilis’a w 1989 roku w swojej oryginalnej formie działa z powodzeniem do dziś to w tym szaleństwie chyba jest metoda.

Nowy Jork
Restauracja Edward's Tribeca NYC
Niepotwierdzona i raczej wątpliwa, biorąc pod uwagę historię rosyjskich kozaków jaka za nią stoi, etymologia słowa bistro tłumaczy je z rosyjskiego "bystro" czyli szybko. Abstrahując od jej niewiarygodności, powiedziałabym, że wpisuje się perfekcyjnie w charakter miasta w którym wszystko dzieje się pod presją a słowo "pilne" powtarzane jest częściej niż dzień dobry czy ok. W tym jednak przypadku cieszę się, że pochodzenie słowa jest chybione bo pięknem amerykańskiego bistro jest czas, który płynie w nim wolniej.
********* Za pomoc w przygotowaniu tego wpisu i udostępnienie zdjęć specjalne podziękowania kieruję do Edwarda Youkilis’a właściciela restauracji Edward's w Nowym Jorku******** Nie byłby on również możliwy bez udziału Dariusza Dudy, mojego życiowego i zawodowego partnera, którego opowiadania z czasów kiedy był jednym z wykonawców restauracji Lucky Strike w Nowym Jorku były prawdziwą inspiracją**********Dziękuje!
]]>
<![CDATA[Frank lloyd wright - fallingwater- harmonia człowieka z naturą]]>Mon, 15 Oct 2018 15:57:25 GMThttp://komorebi.design/blog/frank-lloyd-wright-fallingwater-harmonia-czlowieka-z-natura“ Studiuj naturę, kochaj naturę, bądź blisko natury, ona cię nigdy nie zawiedzie”-
Frank Lloyd Wright.


Gdyby zabrakło autora to powyższy cytat prawdopodobnie kojarzony byłby ze wszystkim tylko nie z architekturą. Można by go dopisać do menu wegańskiej restauracji, biura podróży promującego wycieczki przyrodnicze jak i również z powodzeniem mógłby się znaleźć w czołówce manifestu ruchu slow life.
Przygnębia fakt, że najbardziej pożądane skojarzenie, architektury z naturą wcale nie jest tak oczywiste i bezwarunkowe jak być powinno. Jeżeli jestem w mniejszości nie uważając, że człowiek ma prawo czynić sobie Ziemię poddaną to jednak wytrwam w tej mniejszości do końca i nic nie zmieni mojego przekonania, że jesteśmy tu tylko gośćmi i jako tacy nadużywamy gościnności już od dawna a zmiany przychodzą bardzo powoli. 
Zdarza się, że oglądam program o architekturze, w którym właściciele domu przyznają, że jednym z priorytetów jakim kierowali się w fazie projektowanie to związek domu z naturą. Ich marzeniem było aby projekt wpisywał się w otoczenie a nie zaburzał go i był jak muchomor na zielonej łące. Boleję nad ilością “muchomorów” wokół mnie; w usprawiedliwieniu zrzucam winę na naszą historię i cenę jaką nasza rodzima architektura zapłaciła za wszystkie zawieruchy. W jakimś sensie to nawet fascynujące obserwować historię wyrytą trendami królującymi w naszych domostwach.
FallingwaterFallingwater Frank Lloyd Wright
Mówiąc o idealnym mariażu bryły z otoczeniem to chyba nie ma lepszego przykładu niż Fallingwater (ang. wodospad) zaprojektowanym przez Franka Lloyda Wright’a na zamówienie rodziny Kaufmannów.

Ktokolwiek kto będzie miał szczególną przyjemność odwiedzać Nowy Jork raczej na pewno w pewnym momencie swojej wizyty uda się na Piątą Aleję żeby podziwiać muzeum Guggenheima, którego twórcą jest ten sam, największy architekt amerykański. Czy tylko po to aby zobaczyć niepowtarzalną, organiczną bryłę, czy po to aby wejść do środka i podziwiać antresolę w kształcie ślimaka zwieńczoną wyjątkowym świetlikiem, czy też po to aby zobaczyć ekspozycje i przejść przez słynne sale wystawowe, bez względu na cel wizyty, budynek ten na zawsze pozostanie w pamięci i nie pomylimy go z żadnym innym. 
Nowy Jork
Frank Llloyd Wright, Muzeum Guggenheim'a, Nowy Jork
Nowy Jork
Frank Lloyd Wright, Muzeum Guggenheim'a, Nowy Jork
Tym bardziej mogę zaskoczyć donosząc, że to jednak oddalony od Manhattanu o ponad 6 godzin jazdy samochodem Fallingwater jest uznany za największe dzieło Wrighta.
Fallingwater
Dom Kaufmannów położony jest w stanie Pensylwania, około 90 minut jazdy samochodem od miasta Pittsburgh. Nie ma opcji trafienia na niego przez przypadek czy też "po drodze". Do samego centrum dla odwiedzających trzeba dojechać samochodem przez las a od parkingu czeka nas jeszcze dojście przepięknie położoną ścieżką wsród drzew  co nie powinno zająć dłużej niż 15 minut.
Decydując się na jego zwiedzenie w większości przypadków jest to wycieczka zaplanowana właśnie w tym celu z możliwością zobaczenia może jeszcze czegoś przy okazji jak na przykład muzeum Andy Warhola w Pittsburghu ale raczej nigdy odwrotnie. Nie mniej jednak od momentu kiedy dom został udostępniony zwiedzającym w 1964 roku obejrzało go ponad 5 milionów miłośników architektury. Dom zwiedzać można tylko z przewodnikiem w grupach a bilety trzeba zakupić wcześniej przez internet.

Frank Lloyd Wright
Ponieważ nie należę do ludzi cieszących się porankiem i przysłowie kto rano wstaje temu Pan Bóg daje to zdecydowanie nie moja bajka byłam rozczarowana kiedy jedyne dostępne bilety na dzień, w którym mogliśmy wybrać się do Pensylwanii okazały się być na 8:30 rano. Okazało się jednak, że pozorna niedogodność to najlepsza możliwa opcja i jedyny moment kiedy można zobaczyć dom bez turystów w tle.


To był jeden z tych perfekcyjnych, wiosennych dni. Idealny błękit nieba i jeszcze chłodno o poranku ale jednocześnie wiesz, że dosłownie za chwileczkę promienie słońca wezmą Ziemię w swoje ciepłe objęcia i ogrzeją nas w swojej łaskawości. 
Dom nie uchyla nam ani rąbka swojej tajemnicy dopóki nie pokonamy leśnej ścieżki prowadzącej od centrum turystycznego. Położony w lesie jest zatopiony wśród drzew otoczony  tylko śpiewem  ptaków i szumem nieodłącznej wody, niewidoczny do ostatniego kroku który robimy idąc przez las.
Przed oczami zwiedzających staje nagle, w całej swojej okazałości. W jakimś sensie prawie niepozorny a jednocześnie majestatyczny i onieśmielający.
Ten moment kiedy cała nasza grupa stanęła przed arcydziełem Wrighta i zapanowała cisza, którą można by nazwać nabożną jest niezapomniany. Są takie momentu w życiu, które pozostawiają w nas niezatarty ślad i dla mnie to był właśnie jeden z tych momentów. Nie wiem na ile spotęgowany tym, że jestem projektantem wnętrz; każdy ma swoją indywidualną formę percepcji, niepodważalnie jednak na każdym bez wyjątku to miejsce robi wrażenie. Kiedy staliśmy tak w milczeniu patrząc na obłe charakterystyczne tarasy powoli zalewane słońcem to miało się wrażenie, że otwierają się drzwi do nowego zmysłu, zmysłu postrzegania i czerpania inspiracji.
Fallingwater
Kiedy w 1935 roku  Frank Lloyd Wright został poproszony przez rodzinę Kaufmannów o zaprojektowanie dla nich ich domu weekendowego jego inspiracją stała się otaczająca go natura a dokładniej skała, woda i roślinność. 
Wzburzona woda kaskadowych wodospadów jest motywem przewodnim arcydzieła.
Kaufmanowie zakochani byli w otoczeniu gdzie miał powstać ich dom, wyobrażali sobie jednak że zostanie on usytuowany tak aby z odległości mogli podziwiać ulubione wodospady. Ich architekt postanowił jednak popchnąć swój koncept o krok bliżej inspiracji i osadził budynek wsparty ponad nimi. Sytuując Fallingwater ponad wodospadem Frank Lloyd Wright dał najlepszy wyraz jednemu ze swoich podstawowych przekonań o konieczności pojednania człowieka z naturą.

W dziejach wielkiej architektury powtarza się charakterystyczny wzór. Do stworzenia każdego dzieła potrzebny jest nie tylko geniusz wybitnego architekta ale również otwartość klienta i jego wiara w promowanie nowatorskich idei i rozwiązań. Owocna współpraca pomiędzy klientem a architektem jest możliwa tylko w oparciu o wzajemny szacunek i zaufanie. W tym sensie Frank Lloyd Wright i rodzina Kaufmannów stanowili perfekcyjny tandem.

Projekt Fallingwater powstał w przeciągu kilku godzin oczekiwania na przybycie Edgara Kaufmanna. Tego dnia zapowiedział, że przybędzie do studia aby obserwować postęp prac nad projektem. Nie zdążył prześledzić żadnego etapu bo kiedy przybył na miejsce Frank Lloyd Wright miał już gotowe ręcznie zrobione szkice domu łącznie z nazwą Falingwater widniejąca pod rysunkami planu, perspektywy i sekcji. Te rysunki które były pierwszymi stały się zarazem ostatnimi.
blog
Wraz ze swoimi niezwykłymi dziełami Frank Lloyd Wright dał nam coś jeszcze, a mianowicie pojęcie architektury organicznej. Trend w architekturze promujący harmonię pomiędzy ludzkimi domostwami a światem naturalnym. 
Jest to koncept w którym otoczenie, budynek oraz jego wewnętrzne wykończenie stają się wspólną, nierozerwalną częścią jednej kompozycji.
Granica pomiędzy światem zewnętrznym a wnętrzem domu zostaje zatarta. W domu nad wodospadem ten efekt został osiągnięty poprzez użycie tych samych kamiennych podłóg przechodzących z pokoju na taras. Narożne okna otwierają się na zewnątrz aby zaburzyć formę pokoju naturalnie kojarzonego
​z " czterema ścianami".

Budowa Fallingwater została ukończona w 1937 roku i tego samego roku zdjęcie jego architekta ukazało się na okładce magazynu Time z rysunkami dzieła w tle.
W roku 1938 Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MOMA) w Nowym Jorku poświęciło Fallingwater dwuletnią, wystawę objazdową. Niedługo pózniej charakterystyczny kształt ukazał się na okładkach magazynu Life i Architectural Forum. Zyskał miano najbardziej rozpoznawalnego domu na świecie. Przychodzi mi na myśl wolne tłumaczenie angielskiego idiomu ale jakże oddające to co zrobił architekt : podbił wyobraźnie świata (capture worlds imagination)
Kiedy Frank Lloyd Wright pracował nad projektem domu nad wodospadem miał 68 lat. Nasuwa się wiele reakcji, z których "wow" jest najbardziej lakoniczną ale i jakże słuszną. Dla mnie to przykład  ludzkiego geniuszu, przesuwania własnych granic i wiara we własne możliwości. 
]]>
<![CDATA[Kuchnia inspirująco]]>Mon, 08 Oct 2018 18:15:59 GMThttp://komorebi.design/blog/kuchnia-inspirujaco
Hacker
salon wystawowy marki Hacker producenta mebli kuchennych, Niemcy,
Nikogo nie zaskoczę twierdząc, że kiedy przymierzamy się do wykończenia wnętrza naszego nowo wybudowanego domu lub świeżo zakupionego mieszkanie to najprawdopodobniej najwięcej uwagi poświęcimy na kuchnię i łazienkę. Rynek w odpowiedzi na tę potrzebę indywidualnego klienta oferuje salony z artykułami wyposażenia wnętrz gdzie to właśnie powierzchnia kuchenno łazienkowa bierze górę nad wszystkimi innymi działami. Gdzieś tam z tyłu majaczy sofa pozostawiona na koniec zakupów, której wybór nie rzadko będzie zdeterminowany resztką budżetu, pozostałością po kafelkach, armaturze i szafkach kuchennych. Nie mówiąc już o stoliku kawowym na którego dokupienie będziemy pewnie potrzebować kolejnego roku bo w sumie ten złapany na szybko w IKEI
​i tylko na tymczasem nie jest taki zły i może ma szansę stać się wersją permanentną.
Dzieje się tak, i to nie jest teza poparta żadnymi badaniami naukowymi ani żadnymi głębszymi studiami a wysnuta tylko i wyłącznie na własnym doświadczaniu pracy z wieloma klientami, ponieważ o tych dwóch przestrzeniach myślimy jak o integralnej części mieszkania. Mają one dla nas charakter permanentny.
Trudno nam jest sobie wyobrazić sytuacje, w której wykonawca kończy układanie płytek w łazience a my dochodzimy do wniosku, że jednak to nie to, że właściwie to zamysł był kompletnie inny i zmieniliśmy zdanie. Ponieważ jest to materiał, którego nie da się odzyskać, a w który zainwestowaliśmy ogromną część naszego budżetu, więc tym bardziej podjęcie słusznej decyzji rodzi strach i wahanie. Na końcu to nie tylko cena za materiał ale również jego montaż, nie wspominając o szukaniu dobrego fliziarza a potem czekaniu na jego wolny termin Bóg wie ile. To wszystko okraszone jeszcze historiami rodziny i znajomych o każdym detalu, który może pójść nie tak. Właściwie dochodzimy do wniosku, że podejmując decyzje o kuchni i łazience wypisujemy się z życia publicznego na kilka miesięcy, nie śpimy i wyrywamy włosy z głowy jeżeli mamy jeszcze co wyrywać.


Stąd też wydaje mi się tak ogromne przywiązanie klientów do wizualizacji. Trójwymiarowy model naszych przysłowiowych czterech ścian stał się pewnego rodzaju polisą ubezpieczeniową, że wszystko będzie tak jak zapragnęliśmy. 
Dla nas projektantów łazienka i kuchnia też są zawsze wyzwaniem. Tak naprawdę to estetyka, której nie wolno umniejszać walczy tu cały czas z ergonomią i jedyny udany projekt to ten, w którym uda się perfekcyjnie połączyć te dwa elementy.
Nie rzadko pracujemy z maleńką przestrzenią a ciągle wymaga ona wygodnego poruszania się i dogodnego miejsca na wszystkie przedmioty.
Pomimo, że kuchnie i łazienki często “ rywalizują o ważność “ w naszych domostwach to jednak właśnie kuchnie przeszły chyba jednak największą metamorfozę.
Z pomieszczeń upchniętych w suterenach, zepchniętych na sam koniec mieszkania, często pozbawionych okna lub z małym, wychodzącym na ślepe podwórko przeniosły się w centralny punkt życia rodzinnego.
W nowojorskich apartamentowcach sprzed 1939 roku malutkie kuchnie zawsze znajdowały się gdzieś w głębinach przepastnych rezydencji, oddalone od widoku jej mieszkańców i gości. Zwykle posiadały i nadal posiadają tak zwane service entrance czyli w dosłownym tłumaczeniu wejście dla obsługi. Jest ono połączone z osobnym korytarzem posiadającym własne schody i własna windę. 
Szczerze mówiąc, to jeżeli kuchnie na przestrzeni ostatnich stu lat zmieniły się nie do poznania to zastosowanie wejścia dla obsługi właściwie nie uległo jakimś radykalnym modernizacjom. Nadal najczęściej tędy wnoszone są zakupy i wynoszone są śmieci. Nadal to właśnie to wejście będzie używane przez zatrudnioną pomoc domową. Tędy wpuszczane są wszystkie ekipy remontowe. Wnoszenie i wynoszenie mebli czy jakichkolwiek innych sprzętów też odbywa się tą drogą. 
Ciekawe jak nasza perspektywa zmienia się w zależności od spojrzenia przez pryzmat różnic kulturowych i językowych. Mieszkając w Nowym Jorku nie pamiętam żebym kiedykolwiek usłyszała od kogoś, że ma problem z używaniem "service entrance". Teraz pisząc “wejście dla obsługi” zastanawiam się ile ludzi ma problem z wchodzeniem do budynku od strony obskurnego podwórka z koszami na śmieci?
Czy nie jest to jednak forma wprowadzenia różnic klasowych w społeczeństwie, które szczyci się równością.
Przy remoncie mieszkania w budynku pochodzącym sprzed wojny przede wszystkim szuka się możliwości powiększenia kuchni. 


Większość projektowanych dzisiaj kuchni to takie, które stają się częścią salonu czy jadalni. Podczas projektowania szukamy możliwości rozbicia jak największej ilości ścian które pozwoliłoby na otwarcie jej powierzchni na resztę mieszkania.
Gotując chcemy mieć kontakt z resztą domowników. Sztuka kulinarna stała się modna a co za tym idzie kuchnie zyskały nowy wymiar. Znajdujemy coraz bardziej wyszukane i trwałe materiały. Za cenę włoskich lub niemieckich szafek kuchennych można często kupić dobrej klasy samochód. Marki prześcigają się w innowacyjnych rozwiązaniach przy projektowaniu sprzętu AGD. Remontując kuchnie stajemy się ekspertami takiej terminologii jak piekarnik parowy, bio fresh, pyroliza. Pulpity sprzętów i ich obsługa bardziej kojarzą się z promem kosmicznym który miałby wynieść nas na orbitę okołoziemską niż z przygotowaniem posiłku. Przy tym wszystkim możliwość kupna marchewki całej  ubrudzonej ziemią żeby wyglądała jeszcze bardziej eko wydaje się być dość zabawna. 
Producenci blatów kuchennych oferują materiały praktycznie niezniszczalne, które wytrzymują ciecie nożem jak i wysoką temperaturę. Baterie kuchenne uruchamiane przez machnięcie ręką w kierunku sensora przestały już zadziwiać.
Nie będę ukrywać, że mam słabość do projektowania kuchni. Fascynuje mnie proces, w którym poświęcamy jednakową ilość czasu na przeanalizowanie funkcjonalności, która zostaje później okraszona magią piękna. Fascynuje mnie analiza wszystkich detali i to, że jak klocki muszą się połączyć w jedna całość.
Podobno o gustach się nie dyskutuje, ale czy to naprawdę jest możliwe? Jak powstrzymać swój opiniotwórczy entuzjazm w obliczu dyplomatycznego obiektywizmu? Zaakceptować fakt, że każdemu podoba się coś innego i nie nam to oceniać? Jeżeli tak, to co z kształtowaniem gustów i kto ma do tego prawo? Czy istnieje więc coś takiego jak obiektywne prawo do kształtowania gustów czy może nie? Kiedy na studiach ocenialiśmy nasze projekty nie wolno było powiedzieć że coś jest fantastyczne i na tym zakończyć wywód. Każda opinia musiała być poparta merytoryczym uzasadnieniem. Takie podejście uczy pewnej dyscypliny w umiejętności wyrażania swojego poglądu.
Tak naprawdę to czy coś jest ładne czy brzydkie i zaznaczam, że ładne i brzydkie to chyba najgorsze z możliwych przymiotników ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze jest budzenie emocji, poruszenie do dyskusji.
Domeną salonów z wyposażeniem wnętrz czy to w Stanach czy w Zachodniej Europie jest wytworzenie balansu pomiędzy tworzeniem ekspozycji, która mówiąc żargonem ma się sprzedać i takiej, która ma przyciągnąć klienta i być obiektem tylko i wyłącznie kontemplacji. Oczywiście, że większość pozostanie przy wyborach łatwych do lubienia, ale to te, o których powiemy “nigdy bym tak sobie nie zrobił/ła” pozostaną najdłużej w naszej pamięci. 
Hacker
Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się ekspozycja z salonu wystawowego w Nowym Jorku w którym byłam projektantem. Szafki na wysoki połysk w czerwonym kolorze i do tego mozaika z ręcznie ciętych kafelek luster. Praktycznie niesprzedawalne, ale nie dość, że nie było klienta, który by się nie zatrzymał przed ekspozycją, to ponieważ była w oknie byli też tacy, którzy wchodzili tylko zwabieni tym kolorem. W podobny sposób utkwiła mi w pamięci kuchnia ze złotymi frontami z salonu Hacker’a w Niemczech. Myślę że widziałam tam sporo genialnych rzeczy ale to właśnie to złoto najbardziej utkwiło mi w pamięci. 

"Eye candy" - uciecha dla oka, za mało doceniane określenie w projektowaniu wnętrz a jak bardzo oddające sens projektowania. 
*********wszystkie zdjęcia z wizyty w salonie mebli kuchennych Hacker, Niemcy**********
]]>
<![CDATA[Chaos codzienności-jak przed nim uciec?]]>Mon, 01 Oct 2018 14:47:30 GMThttp://komorebi.design/blog/chaos-codziennosci-jak-przed-nim-uciecObrazStorm King Art Center
Od momentu kiedy skończyłam studia i zaczęłam pracować jako projektant wnętrz aż po dzień dzisiejszy jestem zwolennikiem teorii, że nasze otoczenie, to jak żyjemy a dokładniej to jak mieszkamy ma ogromny wpływ na nas samych i naszą psychikę. Nie wierzę w projekt który jest tylko ładny, uważam, że rola designu jest dużo głębsza i ma on za zadanie albo stymulować, albo inspirować, albo nakręcać do działania albo relaksować i spowalniać. Musi być dostosowany do indywidualnych potrzeb, tego jak zamierzamy wykorzystać daną przestrzeń i czego od niej oczekujemy. Projektowanie wnętrz to tak naprawdę zamknięte koło, w którym najpierw to my tworzymy otoczenie ale kiedy ono już powstanie i zaczynamy w nim funkcjonować to ta nasza przestrzeń ogranicza nas samych, determinuje jak się po niej poruszamy i jak się w niej czujemy. Im lepiej ją zaprojektujemy tym bardziej schematycznie i intuicyjnie będziemy się w niej przemieszczać . Jeżeli każda rzecz w kuchni będzie miała
swoje łatwo dostępne miejsce to nie bedą się one gromadzić na blacie. Stąd w projektowaniu tyle psychologii i socjologii.
Kiedy pomiędzy tysiącem innych zajęć na studiach doszła mi jeszcze psychologia koloru, stwierdziłam, że to kompletna strata czasu i byłam gotowa myśleć tak dalej gdyby nie własne doświadczenie z sypialnią pomalowaną na czerwono. Powiem tylko tyle, że był to koszmar i błąd, którego już nigdy nie popełnię. Na szczęście doświadczony na własnej skórze. 
Kiedy projektant wnętrz zadaje swojemu klientowi trylion pytań włączając w to ile par butów posiadasz i jak golisz nogi to nie dlatego, że jesteśmy z natury super wścibscy i chcemy wiedzieć wszystko o naszym zleceniodawcy ale dlatego, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie stworzyć udany projekt. Komunikacja, porozumiewanie się, mówienie wprost o swoich potrzebach jest kluczem do stworzenia przestrzeni, w której od pierwszego momentu poczujemy się u siebie.
No właśnie, u siebie. 
Odwiedzając ostatnio wygodny dom rodziców przypomniały mi się mieszkania, w których się wychowałam. Przypomniały mi się dwa pokoje z kuchnią, z których jeden należał do mnie a drugi był połączeniem salonu i sypialni rodziców. W tamtych czasach wydawało się nam to absolutnie normalne a wręcz w porównaniu z innymi przypadkami wielodzietnych rodzin nawet komfortowe, kiedy jednak myślę o tym dzisiaj szczególnie z perspektywy wykonywanego zawodu to pojawia się tylko jedno przekonanie a mianowicie, że większość z nas była notorycznie pozbawiona poczucia prywatności.
Kiedy ktoś przy mnie wspomina, że wtedy było tak fajnie bo żyliśmy "na kupie" to dostaję gęsiej skórki. Nie widzę w tym nic fajnego. Wręcz przeciwnie zastanawia mnie jaki to miało na nas wpływ? Jak bardzo brak możliwości zamknięcia się we własnym pokoju czynił nas bardziej rozdrażnionymi, nie pozwalał na przysłowiowe złapanie oddechu. A może, co za tym idzie wielu z nas nie nauczyło się odpoczywać? Nie nauczyło się szukać i znajdować miejsc, w których możemy pobyć tylko ze sobą?  

Poszerzając teorię wpływu naszych mieszkań na nas samych myślę że żyjemy w świecie a może w kraju, w którym nie doceniamy tego samego wpływu ale w przestrzeni publicznej. 
Nie odkryję przed nikim wielkiej tajemnicy stwierdzając, że żyjemy w ciągłym otoczeniu chaosu, zgiełku, pośpiechu, stresu. Ściśnięci w tłumie komunikacji miejskiej, stojąc w korku na skrzyżowaniu jak często potrzebujemy po prostu uciec i co nasze nowoczesne miasta mają nam wtedy do zaproponowania? 
Mówiąc o miejscach, w które uciekamy chciałam pisać o Storm King Art Center i wspominając to magiczne miejsce byłam coraz bardziej zła, że istnienie takich pereł nie jest powszechne, a wręcz obowiązkowe wszędzie.
Storm King Art Center położone jest niedaleko miasteczka Cornwall i oddalone na północ od Manhattanu o około godzinę jazdy samochodem. W największym skrócie jest to muzeum zorganizowane na otwartej przestrzeni. 
Na powierzchni 200 hektarów zgromadzono jedną z największy kolekcji nowoczesnej rzeźby przeznaczonej do wystawiania na zewnątrz, która rocznie przyciąga około 200 000 odwiedzających. Wśród wystawianych dziel podziwiać można również sztukę naszej Magdaleny Abakanowicz.
Obraz
Magdalena Abakanowicz Sarkofagi w Szklanych Domach 1989 Drewno, szkło i żelazo Dar Artystki dla muzeum 1994
Historia założenia muzeum sięga 1960 roku a jego celem jest "kultywowanie związku ludzi ze sztuką i naturą, tworzenie miejsca gdzie odkrywanie pozbawione jest wszelkich limitow."
Właściwie nie wyobrażam sobie celu bardziej zacnego, który odwoływałby się głębiej do naszego humanizmu. 
Wspaniałość tego miejsca polega na tym, że praktycznie przez cały dzień można się włóczyć po trawie w otoczeniu majestatycznych rzeźb, można pożyczyć rower i zwiedzać jeżdżąc wyznaczonymi alejkami, można zrobić piknik. Można też nic nie robić tylko usiąść i patrzeć i być.
Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, że film ma język uniwersalny, że jesteśmy tym czym jemy- no tutaj sama nie wiem..... Ja wierzę w życie w harmonii z naszym otoczeniem. Wierzę w to, że po przebudzeniu chcemy widzieć kolor, który wprowadza nas w dobry nastrój, wierzę w ławkę otoczoną zielenią, wierzę w architekturę która inspiruje do działania, wierzę w przestrzeń , która daje dobrą energię, wierzę w kuchnię, z której trudno wypędzić gości i stół, od którego nie chce się odchodzić.
Wierzę, że powinniśmy szukać "naszego Storm King" dosłownie i w przenośni, a kiedy znajdziemy to uciekać do niego tak często jak to tylko możliwe bo tak na prawdę to nasz związek ze sztuką i naturą i odkrywanie pozbawione wszelkich limitów to nasz największy przywilej. 
]]>
<![CDATA[Plagiat w architekturze wnętrz]]>Mon, 24 Sep 2018 12:43:21 GMThttp://komorebi.design/blog/plagiat-w-architekturze-wnetrzJest temat, który od dawna kłuje mnie w bok. Dodatkowo sprowokowana wpisem na popularnym facebookowym portalu postanowiłam wylać swój żal, który czuję za każdym razem kiedy widzę podrobione meble, skopiowane lampy, ukradzione pomysły.
Jak cienka jest linia pomiędzy inspiracją a jawnym "zerżnięciem" czyjejś pracy- bo nie da się inaczej tego ująć?
Czy naprawdę jest ogromna różnica pomiędzy wtargnięciem pod osłoną nocy z pończochą na głowie i wyniesienie tylnymi drzwiami na przykład szezlonga Corbusier a wyprodukowaniem skopiowanej wersji w Chinach i sprzedawaniem jej za śmieszną cenę nie oddającą nawet w jednym procencie geniuszu sławnego architekta?
Obraz
Le Corbusier LC4 Szezlong (1928)
Czy kradzież jest czarno biała czy posiada wszystkie odcienie szarości?
Argumentując proceder ceną daliśmy społeczne pozwolenie na nakręcającą się spiralę, w której klienci kupują podróbki nie mając często świadomości co kupują, a dodatkowo markowe salony oferują im te cuda jako wyjątkową okazję. 
Dzisiejszy rynek artykułów służących do wykończenia wnętrz to właściwie istny labirynt możliwości. Śledzenie każdego jednego produktu i dochodzenie czy na pewno jest oryginalny byłoby wręcz niewykonalne.  Mój żal jest więc głownie skierowany do wszystkich tych, którzy bez mrugnięcia okiem i z pełna świadomością dopuszczają się produkowania kopii i dla czystego zysku wymazują autora z pamięci.
Okazuje się, że łatwiej i taniej jest pojechać na targi do, na przykład Hiszpanii, pstryknąć kilka zdjęć wybranej kafelki  po czym odtworzyć tegoroczny hit, niż zatrudnić rodzimego projektanta do stworzenia unikatowej kolekcji.
Obraz
Charles i Ray Eames Fotel i Otomana (1956)
Obraz
Achille i Pier Giacomo Castiglioni Lampa Podłogowa Arco (1962)
Dlaczego prawa autorskie przestrzegane w innych kreatywnych zawodach są tak okrutnie łamane w projektowaniu mebli, oświetlenia i wnętrz? Nie przypominam sobie takiej sytuacji żeby ktokolwiek wykonywał publicznie utwór Beatles'ów, zmieniał w nim jedno słowo nazywając go wtedy inspirowanym sławną grupa i miał na tym czysty zysk, chociaż może Paul McCartney uznał by to za szczyt ekonomicznego sukcesu.

Obraz
Isamu Noguchi stolik kawowy (1947)
,Jeżeli prestiżowy salon z meblami i oświetleniem na jednym końcu swojej ekspozycji wystawia lampę znanego, światowego producenta a na jego drugim końcu jej chińską, plastikową koleżankę różniącą się jakimś nieznacznym detalem z ceną kilka razy niższą to walka o prawa autorskie właściwie jest jak waleniem głową w mur. Ci, którzy powinni czuć się odpowiedzialni za kształtowanie świadomości publicznej są przodownikami w obchodzeniu prawa.
Obraz
Charles i Ray Eames Fotel z Formowanej Sklejki (1946)
Obraz
Eero Saarinen Owalny Stół (1956)
Każdego kto planuje udać się do stolarza czy jakiegokolwiek innego wykonawcy w celu odtworzenia mebla ze zdjęcia, albumu, magazynu etc, etc. bardzo proszę aby wcześniej rozsiadł się wygodnie przed czystą kartką papieru, wziął ołówek w swoją dłoń i zaprojektował krzesło.
Czy można wyliczyć ile godzin nam zajmie ta jakby można przypuszczać rozrywkowa czynność? Bo czymże jest w takim razie posiadanie unikatowego pomysłu, dobranie odpowiedniego materiału, wiedza o ergonomii, wygodzie i spełnieniu funkcji, która będzie nam niezbędna? Jeżeli tak łatwe i pozbawione skrupułów stało się podkradanie cudzych ideii to świadczy tylko o tym jakim ignorantctwem cechuje się kopiujący i jak małym szacunkiem darzy twórcę i cały czas, wiedzę i kreatywność jaką musiał on włożyć w stworzenie  swojego dzieła.
Obraz
Eileen Gray Stolik Nastawny E1027 (1927)
Obraz
Ludwig Mies van der Rohe Krzesło Barcelona (1929)
Projekt sofy LC3 Grand Confort Le Corbusier pochodzi z 1928 roku. Od tamtego czasu minęło 90 lat a model nadal jest dostępny w sprzedaży i nadal cieszy indywidualnych nabywców, prestiżowe kancelarie adwokackie, lobby drogich apartamentowców. Symbol nowoczesnej architektury, absolutnie ponadczasowy w prostocie swojej formy. Mała szansa żeby kiedykolwiek został uznany za zbędny rupieć. Kimże jesteśmy więc i kto dał nam prawo aby uczynić z niego masową, chińską produkcje na potrzeby rynku w którym ponad prawdziwym kunsztem i uznaniem dla artysty króluje potrzeba sprzedania i posiadania za wszelką cenę?
Obraz
Le Corbusier LC3 Grand Confort Sofa (1928)
Przywilejem obecnych czasów jest ogromna różnorodność produktów, ich dostępność i zróżnicowanie cen. Każdy klient do tego jeszcze fachowo pokierowany przez projektanta czy architekta jest w stanie znaleźć swój wymarzony produkt w określonym budżecie. W realizowaniu naszych projektów stawiajmy na oryginalność i unikatowe rozwiązania. Czerpmy wiedzę od mistrzów, bądźmy inspiracją w dobrym tego słowa znaczeniu zamiast zbyt rażąco "zainspirujemy się" innymi.
]]>
<![CDATA[projekt - kuchnia]]>Mon, 17 Sep 2018 13:11:12 GMThttp://komorebi.design/blog/projekt-kuchnia
W pewne znudzone popołudnie trzymając w jednej ręce kieliszek z czerwonym winem a w drugiej pilota i próbując zdecydować pomiędzy łososiem Jamie Oliver'a a serialem kryminalnym trafiłam na fantastyczny program o architekturze, a ściślej o budowie domu w Australii.
Zaintrygowana inwestorem, który z obsesyjną dokładnością opracowywał projekt własnej kuchni postanowiłam pozostać przy tym wyborze i obejrzeć do końca. 
projektowanie wnętrz kraków
Właściciel skradł moje serce całkowicie kiedy z rozbrajającą szczerością przyznał, że zdał sobie sprawę ze swojej wyjątkowej precyzji kiedy zmierzył miarką chleb, upewniając się w ten sposób, że szafka specjalnie zaprojektowana do jego przechowywania jest w sam raz.
Przyznaję, że projektując w Nowym Jorku wiele razy byłam w dość nazwijmy to niecodziennych sytuacjach jednak dziękuję niebiosom, że nie musiałam nigdy sprawdzać rozmiarów pieczywa.
Fakt, miałam klientkę która była tak zestresowana czy nowa kuchnia pomieści cały jej porcelanowy dobytek, że nie miałam wyjścia i spędziłam z nią cały wieczór upewniając się, że wszystko znajdzie jednak swoje przeznaczenie i nie braknie szafek i nie będą za niskie ani za wysokie etc, etc.
Każdy garnek i każdy talerz miały swoje z góry wybrane położenie, i każdy przeszedł przez moje ręce zanim zostało ono zaplanowane.
Tylko raz i mówię to z ogromną ulgą doświadczyłam pracy z klientem, który wziął sobie za cel przewodni wykorzystanie każdego milimetra wolnej przestrzeni w swojej nowej kuchni. Kiedy doszliśmy do etapu projektowania szafek w których mogły się zmieścić tylko wykałaczki poddałam się bez walki. Okazuje się, że horror vacui może zniszczyć nawet najlepiej z pozoru funkcjonującą relację.

Większość moich klientów, z którymi miałam przyjemność współpracować nad projektem kuchni można podzielić na tych kierujących się tylko i wyłącznie walorami estetycznymi i takich, dla których rozwiązania praktyczne będą zdecydowanie na pierwszym planie z estetyką podążającą krok za.
Praca z tymi drugimi oczywiście z małymi wyjątkami jest bardziej satysfakcjonująca. Pozornie wydaje się, że będzie to większe wyzwanie ale najczęściej okazuje się, że ta grupa to klienci, którzy znają siebie i swoje nawyki bardzo dobrze a co za tym idzie wiedzą czego oczekują i jak te oczekiwania spełnić. Okazują się być bardziej zdecydowani i łatwiej podejmują decyzje. 
Każdemu jednak, bez wyjątku powtarzam zawsze to samo:
- zabudowa kuchenna to nie szafka z Ikeii, której łatwo się pozbyć bo przestała pasować, tak więc wszystkie decyzje muszą być przemyślane 
- z projektem kuchni nie należy się spieszyć, musimy być go absolutnie pewni. Jeżeli czujemy, że coś nie działa to lepiej się zatrzymać na etapie rysunku niż odpuścić bo ekipa remontowa puka do drzwi, inaczej zawsze będziemy tych decyzji żałować
- już od dawna kuchnia funkcjonuje w naszych domach jako centrum życia rodzinnego i towarzyskiego tak więc każdy jej projekt musi być skrojony na indywidualne potrzeby. To co podoba się nam u naszych sąsiadów może nigdy nie znaleźć zastosowania w naszym codziennym życiu, a wręcz może stać się jego zmorą
- nie zmuszajmy się do ślepego podążania za trendami, jeżeli nie znosimy granitu to nie pokochamy go tylko dlatego że wyglądał super na zdjęciu w czasopiśmie. Optujmy za materiałami które sprawią nam przyjemność
- jeżeli jesteśmy pedantami to nie wybierajmy powierzchni, które wymagają wiecznego biegania ze szmatką żeby utrzymać je w idealnym stanie tylko takie, które ułatwią nam ich czyszczenie
Decyzje, które będziemy podejmować przy projektowaniu kuchni rzadziej świadczą o naszych wyborach estetycznych a częściej ukazują nasze prawdziwe cechy charakteru, to jak żyjemy, bawimy się, pracujemy. Czy kiedy goście siedzą przy stole, z którego widać naczynia piętrzące się w zlewie to gniecie nas poczucie wstydu czy satysfakcji, że widzą ile pracy zostało włożone w przygotowanie uczty? Co za tym idzie, to pytanie czy kuchnia otwarta czy odizolowana i czy na pewno wszyscy są świadomi konsekwencji takiego rozwiązania, czy jednak wygrywa moda?
 Ze wszystkich projektowanych przestrzeni, w tworzeniu kuchni jest najwięcej psychologii i najwięcej ten proces powie nam o nas samych i naszych preferencjach.
]]>
<![CDATA[architektura jako źródło inspiracji- Tadao ando i the clark]]>Mon, 10 Sep 2018 13:41:35 GMThttp://komorebi.design/blog/architektura-jako-zrodlo-inspiracji-tadao-ando-i-the-clark
Nawet dla ludzi najbardziej zakochanych w mieście w którym przyszło im żyć, wizja weekendowej wycieczki poza jego granice jest nader kusząca. Nie inaczej jest ze mną; tym głośniej więc krzyczałam hip hip hura kiedy przyjaciółka zaproponowała odwiedziny w jej domu w Berkshires w stanie Massachusetts. Wizja wspólnego weekendu z cudowną osobą, w pięknym miejscu w scenerii złotej jesieni z pysznym jedzeniem i rozpalonym kominkiem już brzmi jakby Święty Piotr uchylił bram raju, ale ja pokonując kilometry autostradą miałam jedną tłukącą się z tyłu głowy myśl: The Clark, The Clark, The Clark…………I pomimo, że mowa o jednej z najbardziej szacownych na świecie instytucji poświęconych sztuce, edukacji i konserwacji dzieł to jednak tym razem miało to dla mnie znikome znaczenie. Jedyny powód dla którego musiałam zobaczyć The Clark to Tadao Ando, architekt który w 2003 roku zakończył prace nad projektem rozbudowy Instytutu.
projektowanie wnętrz kraków
Dla kogoś, kto postrzega design jako nośnik posiadający siłę do zmieniania świata i ludzi, sposobność dotknięcia budowli stworzonej rękami ukochanego mistrza to jak pielgrzymka dla wiernych.
Możliwość stanięcia przed perfekcyjnym monolitem budowli, styczność z cementem nagrzanym słońcem przenosi w inny wymiar i hipnotyczny stan umysłu. 
​Jeżeli kiedykolwiek zdarzy się Wam dojrzeć kogoś kto w stanie błogiego uniesienia przesuwa ręką  po ścianie budynku, wącha drewno elewacji  lub głaszcze cement to najpewniej nie jest to osoba, która straciła rozum lub chce spróbować  jak smakuje beton, ale mogę to być ja lub ktoś do mnie podobny dla kogo uwielbienie architektury jest bezwzględne. 

Jednym z pierwszych projektów, o którego wykonanie poproszono nas na studiach był projekt łazienki. Najwspanialszą częścią projektu był absolutny brak ograniczeń. Mogliśmy sami wybrać klienta, formę, miejsce, praktycznie wszystko. Ograniczała nas tylko wyobraźnia. Jeżeli może być  ona dla kogoś jakimkolwiek ograniczeniem.
Twoja łazienka była cała z betonu. Nie z jakiś tam płytek 60x60. Z czystego, lanego betonu. Betonowe były również umywalka i toaleta. Teraz jak wspominam to co wymyśliłam to dziwię się, że nie zostałam zatrudniona przez służby więzienne……projekt miałby szansę wejść do masowej produkcji systemu penitencjarnego.
Mniej więcej jednak w tym czasie robiąc rozeznanie tematu trafiłam na zdjęcie The Church of Light (z.ang. Kościół Światła) zaprojektowanego przez Tadao Ando. To było jak uderzenia pioruna. Miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy wcześniej nie myślałam o architekturze w ten sposób. Nie wiedziałam, że może istnieć bryła tak oszczędna w formie, tak wyniosła, tak zimna i kanciasta, a jednoczenie tak perfekcyjnie wpisana w krajobraz. Tworząca z nim absolutnie spójną harmonię. Przyciągająca takim magnetyzmem, że chciało się wejść do zdjęcia i nie wychodzić. Zostać w tych ścianach i pozwolić się ponieść metafizyce otoczenia. 
projektowanie wnętrz kraków
Tadao Ando zanim został światowej sławy architektem
i zanim w 1995 roku otrzymał najważniejsze w dziedzinie architektury wyróżnienie czyli nagrodę Pritzkera był bokserem. Nie twierdzę, że jest to droga dla każdego bo nie jest, ale Ando nie wierzył również w edukacje, a może ściślej w zajmowanie szkolnej ławy i kucie na pamięć. Jest samoukiem i wierzy w zdobywanie wiedzy poprzez absorbowanie i doświadczanie otaczającego nas świata.
W Osace, w której się urodził nauczył się sztuki stolarskiej od miejscowych cieśli. W wieku 15 lat kupił w antykwariacie książkę z projektami Le Corbusier i przerysował je taką ilość razy przez kalkę że książka zrobiła się czarna. Jak sam mówi, to mniej więcej w tym czasie zainteresował się architekturą,
a ja mówię, chwała mu za to. Jego miłość do idola
w późniejszych latach przybrała również  formę humorystyczną kiedy nazwał swojego psa
​Le Corbusier . Mądre zwierzę, które spędzało czas ze swoim Panem w studio podobno potrafiło odróżnić dobrego klienta od złego.

Ando nie często projektuje poza Japonią tym bardziej odwiedzenie The Clark było jakoby musem.
Instytut Sztuki The Clark od 1955 roku kiedy został otwarty pełni podwójną funkcję, muzeum jak
i centrum wyższej edukacji. Jest ceniony na świecie za jakość wystawianych dzieł, intymność galerii
​ale również za otaczające go naturalne środowisko którego piękno odbiera mowę.
Kiedy plan rozbudowy instytutu został zatwierdzony w 2001 roku wybór Ando na głównego architekta, który  jak mało kto potrafi stworzyć jedność pomiędzy światem zewnętrznym i wewnętrznym wydawał się jedyną słuszną drogą. 
projektowanie wnętrz kraków
Budynki zaprojektowane przez Ando charakteryzują się wyjątkową przynależnością do miejsca, w którym się znajdują, co pokrywa się idealnie z filozofią instytutu i tego czym jest dla najbliższej społeczności, świata i przyszłych pokoleń.
The Clark jest projektem, w którym udało się perfekcyjnie połączyć Zachodniego ducha modernizmu z tradycyjną japońską ideą powoli otwierającej się panoramy. Perspektywa początkowo ukryta przed naszym wzrokiem stopniowo rozwija się poprzez celowo umieszczone otwory
i przeniesione osie.
W tym miejscu czuję się również bardzo mocno jeszcze jedną ideę zaczerpniętą z kultury Wschodu
​ a mianowicie jedność z ziemią. 

Powstaje pytanie czy wolno nam projektować w jakikolwiek inny sposób?

Ando stworzył bryłę opartą na szkle, jego ukochanym cemencie i kamieniu. Granit, którego używał  po raz pierwszy, nawiązuje do wcześniejszych, istniejących budynków na terenie Instytutu i zmienia kolory w zależności od warunków atmosferycznych.
Architekt, jak sam mówi chciał aby odwiedzający mieli świadomość zmian jakie zachodzą w otoczeniu wraz ze zmianami pór roku. Co było dla niego równie niezmiernie ważne, to żeby we wnętrzach “sztuka przemawiała sama za siebie a zwiedzający mogli jej doświadczać na swój sposób” 

Wyzwanie jakie stało przed wszystkimi zaangażowanymi w ten projekt to nie tylko zharmonizowanie dobudowy z otaczającą naturą ale również z owymi wcześniejszymi obiektami, z których jedna reprezentująca styl neoklasyczny wykończona białym marmurem  “ożeniona” został w 1970 roku z budynkiem reprezentującym brutalizm. 
​Ando wierzył, że dodanie elementu wodnego tak często stosowanego przez niego w innych projektach ujednolici cały kompleks.
Dziś, kiedy po krótkiej wspinaczce wdrapiemy się na pobliskie wzgórze i spojrzymy na obiekt z wysokości obejmując go całego wzrokiem, to trzy stopniowa lustrzana sadzawka o powierzchni prawie czterdziestu arów będzie niepodważalnym, unikatowym spoiwem łączącym wszystkie elementy. 
W jego wypowiedziach na temat projektu jedna szczególnie wyryła mi się w pamięci: 
​“ Życzyłbym sobie stworzyć miejsce, które zmotywuje jego odwiedzających i artystów do uwolnienia własnego umysłu i do bycia kreatywnym”.
Jaka musi tkwić siła w talencie człowieka jeżeli poprzez przestrzeń jest w stanie wpłynąć na odbiorców tak, że sami sięgają po notatnik, po aparat fotograficzny, tomik poezji, album ze sztuką?
​Potrafi przenieść nas w inny wymiar świadomości. Bryła staje się nie miejscem medytacji ale sama
staje się medytacją.
Zaprojektowane przez Ando Centrum dla Zwiedzających składa się z dwóch pawilonów zbudowanych z cementu i szkła i połączonych długą galerią. “ To jak łabędź z rozpostartymi skrzydłami” mówi autor.
Myślę, że dla nas projektantów wnętrz, chociaż czasami trudno nam jest się do tego przyznać  ta wielka architektura ma dwa znaczące aspekty. 
Po pierwsze jest niewyczerpywalnym źródłem inspiracji , a po drugie uczy nas szacunku do harmonii pomiędzy tym co wewnątrz i tym co na zewnątrz.
Zrozumienie bryły zewnętrznej pozwala na odniesienie sukcesu wewnątrz, a zgodność  pomiędzy jednym i drugim jest kunsztem. Ignorancją byłoby myśleć, że cementowe płytki dostępne teraz w każdym salonie to wymysł producenta z Hiszpanii, że ich połączenie z drewnem to oryginalny pomysł jakiegoś inwestora, że kanciasty kran to trend. Trendy nie biorą się znikąd, powstają poprzez czerpanie wzorców od mistrzów. Ich umiłowania do materiału i formy.
Oddanie Tadao Ando dla materiału jakim jest cement stało się częścią jego architektonicznego wizerunku, motto jednak, którym się kieruje w odniesieniu do cementu mogłoby, a wręcz powinno się stać mantrą dla wszystkich nas związanych z projektowaniem:
“ używać materiału który jest tak wszechobecny, który jest wszędzie ale tworzyć z niego coś czego nikt inny stworzyć nie może”.
]]>
<![CDATA[Czy nowojorskie pralnie staną się kiedyś tylko elementem fabuły filmowej?]]>Mon, 03 Sep 2018 12:36:22 GMThttp://komorebi.design/blog/czy-nowojorskie-pralnie-stana-sie-kiedys-tylko-elementem-fabuly-filmowej
Posiadanie mieszkania na własność w Nowym Jorku nigdy nie oznacza, że kiedy chcemy dokonać w nim jakichkolwiek zmian, przeróbek czy remontów to możemy tego dokonać we własnym zakresie, na własną rękę i nie mówiąc nic nikomu. Słowo samowola nie przyjęło się tak dobrze w języku angielskim i prawo budowlane jest zdecydowanie przestrzegane. 
Każdy budynek posiada swój zarząd i wszystkie planowane prace budowlane oprócz malowania muszą uzyskać jego zgodę na wykonanie. Cały proces, począwszy od złożenia wymaganych dokumentów aż po uzyskanie wyczekiwanego zezwolenia to jak wyrywanie zębów. Długie i bolesne.
Obraz
Zwykle trafiamy w ręce jakieś Nancy lub Kathy, której nigdy nie widzimy na oczy ponieważ wszystko odbywa się drogą mailową i telefoniczną. Ma to oczywiście dobre strony, szczególnie dla Nancy, której przez telefon nie można się rzucić do gardła lub wyrwać jej wszystkich włosów z głowy. Ktoś wiedział co robi układając system tak aby chronił Nancy bo sytuacji ekstremalnych nie brakuje. Już przy pierwszej rozmowie telefonicznej wiadomo, że Nancy marzyła o byciu aktorką, baletnicą tudzież gwiazdą rocka i praca którą w niewyjaśnionych okolicznościach przyszło jej wykonywać absolutnie nie jest dla niej. Nie żebym posądzała kogokolwiek
o posiadanie pasji do przeglądania kolejnych podań
o przesunięcie toalety ale Nancy jest wyjątkowa i jest
​w stanie wywołać w człowieku najgorsze instynkty.



Obraz
Mój rekord oczekiwania na zezwolenie to około roku. Kiedy minęło dziewięć miesięcy i po raz setny miałam okazje szczebiotać z Nancy przez telefon stwierdziłam, że w tym czasie można by już dziecko urodzić. Niestety Nancy nie spodobało się to porównanie i czekałam jeszcze miesiąc.
No cóż poczucie humoru najwidoczniej nie jest wpisane w tę pracę.
Począwszy od podpisanej umowy, w której punkt po punkcie opisane są przepisy obowiązujące w budynku, każdy inwestor musi przedstawić: zakres prac, wymagane rysunki przed i po, depozyt zabezpieczający przed możliwymi zniszczeniami korytarza lub windy, dowód ubezpieczenia od wykonawcy, etc., etc. 

To jest minimum wymagane przy każdym małym projekcie. Wszystkie projekty większego typu jak remont całego mieszkania, relokacja kuchni czy łazienki czy połączenie dwóch mieszkań to już zupełnie inna bajka, w której nadal Nancy jest królową i ma serce z lodu.
Z Nancy będziemy walczyć o to jak długo nasze podanie będzie się bezczynnie przemieszczać po jej biurku i o to wszystko na co nie wyrazi zgody, a władza czyni z ludzi dziwolągów.
Często to właśnie Nancy decyduje o możliwości zamontowania pralki w mieszkaniu i w większości przypadków się na nią nie zgodzi.
Czyżby Nancy była zaczątkiem mechanizmu, w którym pralnia publiczna stała się naturalnym atrybutem każdej ulicy?
Obraz
Wszyscy, nawet Ci którzy dopiero co usiedli przed ekranem, oglądając film, w którym pojawi się pralnia publiczna wiedzą, że film najprawdopodobniej kręcony jest w Nowym Jorku lub w jednym z miast Ameryki. To nie dlatego, że większość filmów i tak powstaje w Wielkim Jabłku, ale… właśnie dlaczego? Dlaczego kręcący się bęben tak bardzo kojarzony jest z Ameryką? Nikt się nie głowi czy to może Nicea albo Sycylia, nawet się nie zastanowi. W jakimś sensie jednak winna jest znowu nasza przysłowiowa Nancy.
Pralnie publiczne stały się tak popularne i tak mocno wpisały się w obraz miasta ponieważ ogromna rzesza nowojorczyków nie posiada pralki w domu. W budynkach pochodzących z przed II wojny światowej mieszkania często nie mają wystarczającej mocy zasilania elektrycznego, które pozwoliłoby na jej bezpieczne podłączenie bez pozbawienia się możliwości użycia chociażby suszarki do włosów w trakcie spierania plam. Istnieje również pojęcie strachu przed niedbałym montażem a co za tym idzie możliwość zalania sąsiada lub wywołanie pożaru.

Jest też problem suszarki bębnowej, ogrzewanej gazem lub elektrycznie, która najlepiej jak jest wentylowana na zewnątrz. No tego to już Nancy nie znosi.
Dochodzimy do momentu, w którym trzeba nadmienić że pralka nie funkcjonuje bez suszarki. Kiedy mówimy pralka to dodanie - i suszarka - jest tak oczywiste jak powiedzenie Yin i Yang, jak Tom  i Jerry, jak Bolek i Lolek.
Obraz
Pralka i suszarka idą zawsze razem. Nie ma opcji żeby cieszyć się z pralki nie mając gdzie suszyć prania. 
Kultura rajtuzków dyndających na sznurku nad wanną jakoś nie zagościła za oceanem. Nie przyjęły się również suszarki rozłożone na pół sypialni z ochoczo schnącymi ręcznikami.
Ja, dziecko PRL-u, z nutą rozrzewnienia wspominam pończochy muskające czubek mojej głowy kiedy próbowałam się mydlić. Pamiętam również dobrze moją mamę wyskakującą jak akrobata jednym susem na rant wanny żeby rozwiesić pranie. Do dziś nie wiem jak udało się jej zachować równowagę.
​Jej chyba też nie.

​Jeżeli ktokolwiek posiada pralkę to musi też mieć suszarkę.
Kiedy zamieszkałam w Nowym Jorku byłam szczęściarą zajmującą mieszkanie w budynku z pralnią
w piwnicy. To były piękne czasy. Niestety każde moje następne mieszkanie pozbawione było tego
​jakże wyszukanego luksusu.

Obraz
Przyszło mi przywyknąć do korzystania z pralni publicznej. Nie wiem czy jestem w mniejszości czy w większości chociaż zakładam to drugie ale nie przywykłam nigdy. W dniu, w którym już naprawdę musiałam zrobić pranie najczęściej lądowałam  w sklepie w celu zakupienia nowej bielizny. Wstyd.
W soboty oblężenie jest takie, że nie rzadko trzeba czekać na pralkę a na suszarkę to już na pewno. Dwie godziny wyrąbane z życiorysu. No dobrze, można czytać ale nie do końca bo jest coś odurzającego w tym szumie, który panuje w pralni i tak naprawdę myśli się tylko o tym żeby już stamtąd wyjść, i nie wracać jak najdłużej. 
Kiedy pierwszy raz stajemy przed pralką w pralni publicznej to zwykle nie możemy się oprzeć myśli kto to używał przed nami. Argumenty, że detergent, i że wysoka temperatura jakoś w owej chwili nie trafiają, i rozglądamy się podejrzanie, oceniając chcąc nie chcąc “współpiorących” (czy takie słowo w ogóle istnieje?). Na styku neuronów przelatują nam najgorsze wizje: egzema, grzybica, łuszczyca  i czego tam jeszcze nie wymyślimy aż wrzucimy pierwsze spodnie i już jakoś leci. 
Siedząc na plastikowych krzesełkach i oczekując z niecierpliwością na koniec tego męczącego procederu możemy obserwować dzieci, które upatrzyły sobie koszyki na kółkach na świeżo wyciągnięte pranie jako wspaniałą  zabawkę. Młodsze włażą do nich całe z butami i piciu a starsze gonią z nimi po całej pralni ku uciesze rodziców.

Pralnia uczy nas, że ręcznik wyjęty z suszarki nadmuchany gorącym powietrzem będzie miał rozmiar spadochronu, a jak trafimy na suwak lub metalową zatrzaskę to nas poparzy. Uczy nas misternie składać pranie żeby się zmieściło do worka i nas nie przygniotło. Uczy nas wrzucenia piłek tenisowych do suszenia puchu w kurtce, szacowania do jakiego rozmiaru pralki będziemy w stanie upchać nasze brudy.Właściwie nic więcej .
Obraz
Miałam swoją ulubioną pralnię przy 7 alei. Nie była super czyściutka i starałam się udawać że nie widzę kołtunów turlających się po podłodze przy najmniejszym podmuchu. Była jednak świetnie umiejscowiona  pomiędzy dobrą kawą, sushi i sklepem z magazynami o designie. We wtorki przychodzili do niej bezdomni którym miasto finansowało pranie. Przychodzili z panią, która jak kapitan drużyny stawała w drzwiach i rozdawała wyliczone drobne i proszek. Reakcje na pralki były różne, jedna pani nastawiła swoje pranie włączając w to kurtkę w której przyszła i jak zahipnotyzowana stała przez cały cykl prania przed maszyną obserwując kręcący się bęben. Pan z czupryną lwa włożył najpierw głęboko głowę do pralki, rozejrzał się na wszystkie boki i do góry tak jakby chciał sprawdzić czy nie siedzi w niej jakaś wróżka, która swoimi czarami sprawia, że z maszyny wychodzą czyste rzeczy. Kiedy skończył się cykl wyjął rzeczy i po raz kolejny dał nura do wnętrza.Ludzie przychodzą, spędzają godzinę lub dwie i po złożeniu prania uciekają żeby wrócić po tygodniu. Ktoś w biegu wrzuca swój worek z brudami na wagę żeby pozostawić go do wyprania pracownikom. Pracownik w białych rękawiczkach misternie układa świeżutkie podkoszulki. Ubywa góra zaplamionych spodni i rośnie góra czystych, złożonych w równą kostkę a proces powtarza się bez końca.

Obraz
Wbrew temu co mogłoby się wydawać nowojorczycy prowadzą zażartą walkę z miastem o możliwość montowania pralek w swoich mieszkaniach. Pamiętam klientkę która zapragnęła w sypialni posiadać wbudowaną szafę zajmującą całą ścianę. Projekt miał się komponować z resztą już urządzonego mieszkania. Ściana na której miała być montowana szafa sprawiała ciągłe problemy; pękała i puchła aż okazało się że za nią jest pomieszczenie z nielegalnie zainstalowaną pralką i suszarką. Mówią, że potrzeba jest matką wynalazku. Jakiś  “złota rączka” na prośbę klientki wrzucił rurę wentylacyjną od suszarki pomiędzy regipsy ścianki działowej. Idealny przykład kiedy marzenie prania w domu bierze górę nad strachem przed pożarem.


Tylko w jednym z projektów, nad którym miałam przyjemność pracować, pralka z suszarką były umieszczone w łazience. Przeważnie miejscem docelowym jest szafa na tyłach łazienki lub kuchnia. Pralka z suszarką będą też zawsze w jakiś sposób zabudowane. Nigdy nie będą widoczne.
Mechanizm, który uniemożliwił mieszkańcom miasta posiadanie pralek w ich własnych domostwach wykreował miejsce, które stało się tak rozpoznawalne i to wszędzie na świecie, że w moich oczach oprócz żółtej taksówki i niebieskiego kubka na kawę nabrało znaczenia wręcz symbolicznego.
Obraz
Czy nowe budownictwo
i ciągła modernizacja
a co za tym idzie coraz więcej pralek i suszarek we własnych mieszkaniach doprowadzą
do sytuacji, w której
ta usługa przestanie być potrzebna? Czy pralnie podzielą los
budek telefonicznych,
kultowej darmowej prasy
jaką był Village Voice
i potwornej kawy z deli na rogu?
Czy nastąpi dzień kiedy mieszkańcy wygrają walkę z zarządami budynków
i pralnie nowojorskie
pozostaną tylko elementem fabuły filmowej?


​Pomimo mojej osobistej niechęci do spędzania czasu w pralni mam nadzieję, że nie, że pozostaną zawsze wpisane w krajobraz miasta.


********** Serdeczne podziękowania dla Natalii Iyudin za nieocenioną pomoc przy zdjęciach publicznej pralni!*****
]]>