<![CDATA[Komorebi - Projektowanie Wnętrz i Usługi Remontowo Budowlane - Blog]]>Tue, 19 Feb 2019 15:58:07 +0100Weebly<![CDATA[Nowy orlean - 300 lat unikatowej architektury]]>Tue, 19 Feb 2019 10:38:11 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/nowy-orlean-300-lat-unikatowej-architekturyNowy OrleanNowy Orlean
Kiedy podróżowałam po Stanach Zjednoczonych zdałam sobie sprawę, że moja wizja Ameryki jest w ogromnej mierze ukształtowana przez niezliczoną ilość produkcji filmowych, powstałych w bajkowym świecie Hollywoodu a trafiających w najdalsze zakątki globu. Stąd też, wizja ta dość często przybierała formę wyidealizowanego romantyzmu, a zderzenie z rzeczywistością nie rzadko zaskakiwało. Fakt, że służby parków narodowych Kalifornii były wiernym odzwierciedleniem bajek Disneya i tylko czekałam żeby Yogi i Boo-Boo dołączyli do pogadanki o zabezpieczeniu auta przed niedźwiedziami, tak Nowy Orlean nie potwierdzał tej reguły i okazał się zaprzeczeniem tego co w głowie namalowała mi wyobraźnia. Pakując się na spotkanie z największym miastem Luizjany miałam przed oczami mroczne kluby jazzowe, w których goście zatopieni w miękkie fotele wyścielane czerwonym aksamitem, wsłuchują się w muzykę dobiegającą z lekko podwyższonej sceny. Pary elegancko ubranych zakochanych kołyszą się na parkiecie w przymglonym świetle a zapach cygar miesza się z zapachem bourbonu przytrzymanym na chwilę w głębokim kryształowym kieliszku, lekko pocieranym w rytm dźwięków saksofonu. 
​Pomimo, że Nowy Orlean jest niezaprzeczalną kolebką jazzu i takie miejsca faktycznie istnieją, to niestety są w mniejszości do wysypu mało wyszukanych barów, w których era świetności tego gatunku muzycznego została dawno zapomniana. Może ruszając na południe byłam nadmiernie przepełniona poczuciem tęsknoty za bezpowrotnie utraconą atmosferą Harlemu lat dwudziestych? Nie żebym była fanem prohibicji, ale kiedy nadzieja odnalezienia tamtego klimatu w Nowym Orleanie okazała się płonna to przyszedł moment zderzenia z rzeczywistością, że jednak film to tylko krótkotrwała wizja przeniesiona na ekran, po której zbyt często pozostaje tylko smutny karton po zjedzonym popcornie.


Nowy Orlean
Nowy Orlean, French Quarter
Uroda podróżowania i naszej otwartości na nieoczekiwane tkwi w odnalezieniu czegoś nowego, jeżeli to czego szukaliśmy okazuje się nieosiągalne. Nowy Orlean nie rozczarował atmosferą przepełnioną muzyką graną na ulicy, roztańczonymi ludźmi pląsającymi praktycznie wszędzie, genialnym jedzeniem a przede wszystkim, jak w moim przypadku jest do przewidzenia, zachwytem nad unikatową architekturą.
Nowy Orlean
French Quarter, Jackson Square, Bazylika Katedralna Św. Ludwika. Pierwszy drewniany kościół został wzniesiony w tym miejscu w 1718 roku. Styl hiszpański kolonialny i francuski neogotyk
Nowy Orlean wziął swój początek w 1718 roku od francuskich kolonizatorów w miejscu, które dzisiaj jest znane na całym świecie jako French Quarter (and. Dzielnica Francuska, fran. Vieux Carre- Stara Dzielnica). 
Sercem najstarszej dzielnicy Nowego Orleanu jest Jackson Square, to od tego placu miasto rozrastało się do dzisiejszych rozmiarów najliczniej zaludnionego miasta w stanie Luizjana. 
Wystarczy powiedzieć, że większość turystów utożsamia French Quarter z całym Nowym Orleanem i odwiedzając miasto nie interesuje ich nic poza tym obszarem wiecznej rozrywki, o powierzchni 1,3 kilometra kwadratowego. To tak, jakby powiedzieć, że Kazimierz to cały Kraków...chociaż...może właśnie jesteśmy na tej drodze?
Miejsce, w którym powstał zalążek Nowego Orleanu nie zostało wybrane przypadkowo. Jest to część miasta położona stosunkowo wysoko co w naturalny sposób chroni ją przed katastrofami, chociażby tak tragicznymi w skutkach jak huragan Katrina. Położenie miało również znaczenie ekonomiczne. Bliskość jeziora Pontchartrain zapewniała bezpieczniejszy skrót dla żeglugi niż rzeka Mississippi.
W 1763 roku francuska kolonia została przekazana imperium hiszpańskiemu żeby ostatecznie w 1803 roku wraz z całą Luizjaną przejść na własność Stanów Zjednoczonych.

Nowy Orlean
Ursuline Convent
Oryginalna drewniana zabudowa French Quarter została praktycznie doszczętnie strawiona przez dwa pożary, jeden w 1788 i drugi mniejszy w 1794 roku. Z okresu przed pożarami, we francuskim stylu kolonialnym zachował się jeden budynek pochodzący z 1750 roku, Ursuline Convent (ang. klasztor urszulanek).
​Pomimo że styl francuski pozostawał w modzie, to regulacje przeciwpożarowe wprowadzone przez kolonizatorów hiszpańskich miały ogromny wpływ na wygląd dzisiejszej dzielnicy. Za czasów hiszpańskich wprowadzono wymóg tynkowania ścian zewnętrznych oraz stosowania do pokrycia dachów łupku. W konsekwencji powstała unikatowa architektura, którą określa się jako styl Kreolski. Mieszanka wpływów architektury francuskiej i hiszpańskiej okraszona elementami architektury Karaibów ukształtowała turystyczną Mekkę Luizjany.
Przysłowiową wisienką na torcie stylu będącego wynikową wielu przeplatających się wpływów było  wprowadzenie w 1830 roku masowej produkcji żeliwa. Koronkowe balkony wykonane z tego materiału stały się nieodłącznym atrybutem Wiktoriańskiego Nowego Orleanu.
Jeżeli spojrzeć na architekturę miasta w szerokim kontekście, nie skupiając uwagi tylko na najstarszej części, to przekonamy się, że znajdujemy się w otoczeniu budowli, które są przykładem praktycznie każdego stylu w architekturze począwszy od Baroku a kończąc na Modernizmie. 

W Nowym Orleanie na wyróżnienie zasługują style najbardziej charakterystyczne i dominujące w regionie: Creole cottage ( and. kreolska chata) pochodzący z okresu 1790-1850, American townhouse (ang. amerykańksa kamienica) 1820-1850, Creole townhouse (ang. kreolska kamienica), który jest najbardziej kultowym przykładem rodzimej architektury, dominującym w okresie po wielkich pożarach (1788) aż do połowy XIX wieku, Shotgun House (ang. rodzaj małego, wąskiego domu) budowane w latach 1848 -1920, Double Gallery House ( ang. Dom z podwójnym gankiem) budowane w Nowym Orleanie pomiędzy rokiem 1820 a 1850 oraz California style bungalow house (ang. dom w stylu kalifornijskiego domu parterowego) budowane od początku do połowy XX wieku.
Nowy Orlean
French Quarter, żeliwne balkony
Nowy Orlean
Creole Cottage
Nowy Orlean
Shotgun House
Nowy Orlean
Creole Townhouse
Mówiąc o architekturze Nowego Orleanu nie sposób nie wspomnieć o cmentarzach budowanych w stylu Europejskim. Ze względu na wysokie położenie lustra wód podziemnych w Nowym Orleanie nie chowa się zmarłych sześć stóp (1,5 m) pod ziemią, tak jak w innych rejonach Stanów Zjednoczonych, tylko buduje grobowce naziemne, bardziej charakterystyczne dla Starego Kontynentu.  
Dla większości z nas kultowe miasto Ameryki znane jest jako Nowy Orlean. W kulturze Stanów Zjednoczonych funkcjonuje ono jednak pod kilkoma nazwami, z których moja ulubiona to The Big Easy (odnosi się do bezstresowego stosunku do życia jego mieszkańców). Źródła podają różne informacje, gdzie to określenie wzięło swój początek. Niektóre, wspominają muzyków z początku XX wieku, dla których relatywnie łatwo było znaleźć pracę w Nowym Orleanie; inne źródła mówią o czasach prohibicji, kiedy całe miasto uważane było za jeden wielki speakeasy (ang. “tajny” bar w czasach prohibicji). Bez względu na to gdzie będziemy szukać pochodzenia określenia, wpisuje się ono idealnie w atmosferę miasta, jego historię, jego mieszkańców, oczekiwania i nadzieje. 
]]>
<![CDATA[wędrowne muzeum]]>Tue, 12 Feb 2019 15:04:40 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/wedrowne-muzeumKiedy w styczniowym wydaniu magazynu Dwell ukazał się artykuł o projekcie hotelu stworzonym  przez francuskiego projektanta Ora-ito,  to pomimo, że sam projekt uważam za fantastyczny moją uwagę przykuł jednak bardziej sam tytuł felietonu. 
“ Latające Gniazdo jest wędrownym hotelem, który podróżuje po świecie” *brzmiał nagłówek, który natychmiast przywołał wspomnienie muzeum jakie architekt Shigeru Ban stworzył na potrzeby wystawy prac fotografa Gregorego Colberta. 
Ora-ito zaprojektował hotel używając starych kontenerów transportowych. Każdy z pokoi może zostać “wysłany” do dowolnego miejsca na świecie a jego złożenie w całość aby mógł stać się funkcjonalną przestrzenią zabiera około pół dnia. Kontenery zostały wykończone drewnianymi panelami co tworzy atmosferę bardziej przytulną a mniej industrialną. Każdy pokój wyposażony w łazienkę jest zupełnie samowystarczalny tak więc ich ilość i sposób łączenia pozostawia miejsce na kreatywną swobodę.
Dziś zachwycamy się innowacyjnością użycia kontenerów w budownictwie i w moim odczuciu całkowicie słusznie, bo mam ogromną nadzieję, że świat będzie podążał w stronę konstrukcji lżejszej, modułowej, łatwiejszej w transporcie i adaptacji i nie mającej przetrwać przez dziesiątki pokoleń. 
W tym miejscu warto nadmienić, że idea muzeum “podróżującego” i zrównoważonego ekologicznie narodziła się w głowie Colberta w 1999 roku.  Dwadzieścia lat jakie upłynęło od tamtego czasu do dzisiejszego wysypu projektów opartych na użyciu kontenerów jednocześnie zachwyca i zaskakuje. Wydaje się, że jak na świat architektury to do tego materiału przekonania nabieraliśmy nazbyt długo.

W 2002 roku w Wenecji po raz pierwszy na widok publiczny została wystawiona kolekcja wielkoformatowych zdjęć Colberta przedstawiających ludzi bratających się z wielorybami, słoniami i innym zwierzętami pochodzącymi z różnych stron świata. Kolekcja ukazała się pod wspólnym tytułem “ Ashes and Snow” (ang. Prochy i Śnieg). Na miejsce wystawy wybrano budynek weneckiego Arsenału pochodzący z 1104 roku, którego przestrzeń zaaranżowano estetycznie w duchu architektonicznego konceptu wędrownego muzeum. Wraz z ideą zaprezentowania wystawy szerszej publiczności na kolejnych kontynentach, powstała możliwość zrealizowania koncepcji budynku, który dosłownie można zapakować i przenieść w dowolne miejsce na świecie. Abstrahując od idei ponownego wykorzystania materiałów, idei konceptu budownictwa zrównoważonego ekologicznie, to artyście przyświecała również idea sztuki nie tylko dla wybranych ale promowanie takiej, która wychodzi ponad wszelkie podziały.
Nowy JorkShigeru Ban, Dom z Papierowych Bali, Turcja
Kiedy w 2005 roku wystawa miała trafić do Nowego Jorku, Colbert zaproponował współpracę japońskiemu architektowi Shigeru Ban, który dziewięć lat później został laureatem nagrody Pritzkera. Jest on często kojarzony z budowlami o konstrukcji z materiałów pochodzących z recyklingu i nadających się do ponownego wykorzystania.  Obiekty te przeznaczone są na cele pomocy humanitarnej i w czasie klęsk żywiołowych.

Do konstrukcji ścian zewnętrznych Wędrownego Muzeum użyto 150 kontenerów ułożonych jeden na drugim we wzór szachownicy. Przestrzeń pomiędzy kontenerami wypełniał zamontowany ukośnie biały winyl. Wykonany z winylowej membrany dach podtrzymywały metalowe i papierowe rury. Odzwierciedlając kolumny weneckiego Arsenału, w głównej galerii ustawiono centralnie dwa rzędy papierowych rur imitujących kolumny, środek wyznaczała ścieżka ułożona z drewna wykorzystanego wcześniej przy budowie rusztowania. Pozostałą nawierzchnię stanowiły rzeczne kamienie. W muzeum pozbawionym dostępu do naturalnego światła, Alessandro Arena zaprojektował  minimalistyczne oświetlenie, oparte na grze cieni i skupione tylko na zaakcentowaniu sztuki.
Nowy Jork
Pomimo użytych wydawałoby się prostych materiałów, jak papier, drewno z odzysku, rzeczne kamienie to wnętrze nie straciło na podniosłej atmosferze tradycyjnych sal muzealnych, a wręcz przeciwnie. Twórcy tego miejsca poszli o krok dalej. Znajdując się w otoczeniu kolumn,  w przygaszonym świetle pośród dwustu okazałych zdjęć, zawieszonych pomiędzy papierowymi rurami, jakby lewitujących w ciszy i majestacie, miało się wrażenie przebywania w nawie głównej katedry z całym jej ceremonialnym przepychem i dostojeństwem. 
Dla Shigeru Ban projekt Wędrownego Muzeum jest jednym z tych, który w perfekcyjny sposób łączy dwa oblicza jego twórczości, tę poświęconą wykorzystywaniu unikatowych materiałów i tę skupioną na projektowaniu przestrzeni muzealnych. Użycie kontenerów oprócz samej idei podróży, było również ukłonem w stronę Colberta, który ceni sobie materiały potrafiące się “starzeć” i które posiadają każdy swoją własną historię.


Wędrowne Muzeum znalazło swoją tymczasową lokalizację na Manhattanie przy tak zwanym Pier 54 (ang. pier- molo, przystań), tym samym, przy którym w 1912 roku z pokładu Carphatii zeszli uratowani pasażerowie Titanica po heroicznej akcji ratunkowej.
Przystań jest w pewnym sensie przedłużeniem 13-tej ulicy wcinającej się w tym miejscu w rzekę Hudson i stanowi część znajdującego się tutaj Hudson River Park. Pomimo, że sama konstrukcja Wędrownego Muzeum sprawiała wrażenie dość łatwej w złożeniu to zaplanowana lokalizacja niosła ze sobą dodatkowe utrudnienia. Konstrukcyjnie przystań nie była przygotowana aby mógł na nie stanąć dźwig, więc do tego celu użyto barki. Kolejne elementy mogły być przenoszone w powietrzu tylko w momentach braku wiatru a o te nie tak łatwo nad rzeką. Na ułożenie konstrukcji przewidziano 8 tygodni, w których musiała ona powstać, aby więc uniknąć jakichkolwiek pomyłek, po drugiej stronie rzeki, w New Jersey, wybudowano wcześniej pełnowymiarową makietę dwu i pół metrowej sekcji muzeum. 
Muzeum zostało otwarte dla zwiedzających w marcu 2005 roku. Potem, z Nowego Jorku czekała go droga do Kalifornii, Tokyo i Meksyku. 
Do transportu konstrukcji użyto czternastu kontenerów z rozebranych ścian, reszta miała zostać zabezpieczona w porcie docelowym. 

Cytując samego architekta w poparciu tej idei: “pomysł narodził się z faktu, że kontenery są łatwe do pozyskania w każdym porcie, do którego muzeum zawita. Nie zrobiłem niczego nowego. Znalazłem dla nich tylko nowe przeznaczenie.”
Podobno o gustach się nie dyskutuje nie mniej jednak nie mogę ukryć, że zdjęcia Colberta nie należą do moich ulubionych. Kierując więc swoje kroki do muzeum udawałam się na  spotkanie z architekturą, w której dominantą są dwa słowa: wędrowny - w odniesieniu do możliwości przeniesienia całego budynku w relatywnie nieskomplikowany sposób i nieortodoksyjny - mówiąc o użytych materiałach. 
​Potężny budynek ciągnący się na długości ponad 200 metrów budowany był przez osiem tygodni żeby potem zniknąć jak zdmuchnięta przez wiatr usypana z piasku mandala. Na zakończenie, nic nie wydaje mi się bardziej pasujące niż słowa Shigeru Ban mówiącego o swojej konstrukcji: “ Trzy miesiące czy trzy lata nie mają dla mnie znaczenia, ponieważ liczy się idea, która trwa.”  “Może pozostanie w Waszej pamięci kiedy już go nie będzie.”  

*(ang. “The Flying Nest is a nomadic hotel that travels around the world”)

]]>
<![CDATA[kiedy oświetlenie staje się sztuką - w hołdzie ingo maurer]]>Tue, 05 Feb 2019 09:31:57 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/kiedy-oswietlenie-staje-sie-sztuka-w-holdzie-ingo-maurerOświetlenieIngo Maurer, lampa stołowa Pollux, rok 1970
Kiedy mija naście lat od ukończenia wyższego nauczania to cała zdobyta wiedza staje się już tylko warstwą cienkiej bazy, solidną, ale jednak zakopaną pod powierzchnią doświadczenia zdobywanego latami. Równie mocno stłamszona przez konieczność naginania tego wszystkiego co wpoiła nam szkoła do panujących realiów. Uważam wiec, za całkiem niezły sukces, iż pomimo, że lata szkolne mam już dawno za sobą to z pierwszych zajęć zapamiętałam dokładnie dwa twierdzenia, którymi podzielono się z nami na wykładach z projektowania wnętrz: nigdy nie pracujcie z członkami rodziny lub przyjaciółmi i w designie wszystko zostało już powiedziane. 
Za długo by mówić o tym pierwszym, cały osobny wpis mógłby powstać na ten temat. Co do drugiego, to z upływem czasu, kiedy zaczynamy sięgać coraz głębiej po nowe inspiracje a świat architektury i designu, który nas otacza, staje się równie ważny co własne ego, to szybko zauważymy, że to co na pozór jest odkrywcze i innowacyjne najczęściej znajduje odbicie w historii, chociażby w stopniu minimalnym.
Kilka lat temu zagościł trend optujący za używaniem oświetlenia złożonego z gołej żarówki i kabla zamiast czegoś bardziej powiedzmy wyszukanego. Przyjął się on szczególnie dobrze w restauracjach i miejscach publicznych gdzie trendy często kształtuje ekonomia, okrutnie to ujmując.
Jest to trend powiązany z modą na żarówkę żarnikową, do tego jeszcze ledową i łatwością wykonania. Trend pasujący praktycznie do każdego wnętrza, zakorzenił się więc, tak mocno, że przeniósł się dość szybko również do mieszkań i nic nie zapowiada jakiegoś drastycznego odwrotu. Do tego jest to oświetlenie kojarzone ze stylem skandynawskim oraz industrialnym, co idealnie wpisuje się w dzisiejszą estetykę mieszkaniowo-gastronomiczną. W designie jednak faktycznie wszystko zostało już powiedziane i przyglądając się żarówkom dyndającym nad barami czy chociaż tymi nad moim własnym stołem w jadalni, nachodzi mnie potrzeba powrotu i szukania korzeni w projekcie Ingo Maurer'a z 1966 roku, kiedy pokazał światu swoje pierwsze "dziecko" jakim była lampa o nazwie Bulb (Żarówka). 

oświetlenieIngo Maurer, lampa sufitowa Birdie, rok 2002
Na rogu ulic Greene i Grand w nowojorskim SoHo znajduje się showroom obok, którego nie sposób przejść obojętnie. Zawsze minimalistyczna wystawa zmienia się co jakiś czas, ale bardzo długo jej jedynym elementem była żarówka z doczepionymi skrzydełkami  jakby ukradzionymi aniołkowi z szopki bożonarodzeniowej. Wewnątrz na ścianie czerwonym neonem wypisane litery Ingo Maurer. Niby zwyczajny salon z oświetleniem a jednocześnie stojąc tam przed tą wystawą zaczyna do nas docierać świadomość jak cienka jest granica pomiędzy sztuka użytkową a tą muzealną, która długo była uważana za jedyną prawdziwą.

oświetlenieIngo Maurer, lampa sufitowa Porca Miseria!, rok 1994
Ingo Maurer urodził się w 1932 roku w Niemczech. Kształcił się w kierunku drukarstwa i grafiki zanim nie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych gdzie pracował jako projektant w Nowym Jorku i San Francisco. Do Europy wrócił w 1963 roku, żeby trzy lata później zaprojektować zainspirowaną pop artem wyżej wymieniona lampę Bulb - " kamień węgielny" dla swojej światowej kariery trwającej do dnia dzisiejszego. Jeżeli faktycznie, stojąc przed jego salonem oświetlenia w Nowym Jorku, doznamy wrażenia oglądania dzieł sztuki, to nie będzie to wyolbrzymione wrażenie. W 1969 roku lampa Bulb trafiła do stałej kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku (MoMa)

oświetlenieIngo Maurer, lampa sufitowa Wo bist du, Edison,...?, rok 1997
Maurer, którego od dawna fascynowała forma nagiej żarówki, i którą nazywał "perfekcyjnym połączeniem przemysłu z poezją", nie poprzestał na wykorzystaniu tej idei tylko raz. Żarówka jest elementem powtarzającym się regularnie w jego projektach nawet w tak niecodziennej formie jak hologram tego prostego przedmiotu użyty w lampie “hołdzie” dla Edisona o intrygującej nazwie: Where Are You, Edison? (ang. Gdzie jesteś Edison?)

Obok żarówki ulubionym materiałem Maurera do tworzenia lamp jest papier. Jak sam twierdzi, ponieważ jest “jednocześnie mocny i delikatny, i sprawia, że ludzie wyglądają w świetle rozproszonym przez papier lepiej". Nie mogę powstrzymać uśmiechu myśląc teraz o tych wszystkich papierowych kulach przywiezionych do naszych domów z Ikei, spłaszczonych w foliowym worku. Chyba każdy na pewnym etapie życia mocował się z naciągnięciem tego papieru na aluminiowy drut, czując się przez chwilę kreatorem własnego oświetlenia. Może ktoś miał okazję sprawdzić czy faktycznie nasz ruszający się przy najmniejszym wietrze sufitowy balon czyni nas piękniejszymi i jeżeli tak, to jest to jego główna zaleta, czyli ciepłe i miękko rozproszone światło.
oświetlenieIngo Maurer, projekt oświetlenia dla hotelu Kruisherenhotel, Maastricht, rok 2005, adaptacja klasztoru na hotel
Długo nie potrafiłam znaleźć słów aby nazwać a raczej określić sztukę Maurera. Wdzierała się nieśmiałość i zażenowanie, wszystko wydawało się jednocześnie proste i skomplikowane. Wyręczyła mnie Paola Antonelli, kurator działu Architektury i Designu Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MoMa): “Maurer projektuje lampy, które często są koncepcyjne ale jednocześnie zabawne i znakomite.”
To połączenie, które się udaje w designie bardzo rzadko bo umiejętność zespolenia zabawnego ze znakomitym jest strefą geniuszu. W większości przypadków kiedy do designu wdziera się humor staje się on infantylny. 
Maurer jest wirtuozem światła projektującym nie tylko lampy ale również oświetlenie. Projektując oświetlenie podąża za swoją często cytowaną zasadą, że “ maksymalny efekt oświetlenia powinien być osiągnięty przy minimalnym natężeniu światła.” 


oświetlenie
Kruisherenhotel, Maastricht, rok 2005
Według Jeremiego Myersona projekt oświetlenia które Maurer wykonał dla New Tel Aviv Opera House i dla Muzeum Louisiana w Kopenhadze, należy do bardzo odosobnionej kategorii instalacji świetlnych, która działa na dwóch płaszczyznach: obiektu sztuki rządzącego się własnymi prawami  oraz instrumentu, który tworzy iluminację świetlną w otoczeniu.
oświetlenieIngo Maurer, oświetlenie sufitowe Schlitz, rok 2002
Najważniejszą w moim odczuciu wiedzę wykorzystywaną do dziś w projektowaniu przestrzeni publicznych i mieszkaniowych zawdzięczamy grupie projektantów oświetlenia scenicznego, którzy w Ameryce w latach 40-tych i 50- tych postanowili ogrom swoich doświadczeń zdobytych przy oświetlaniu produkcji teatralnych wyprowadzić poza mury scen i zaadaptować na potrzeby architektury. Posługując się ideologią w odniesieniu do światła, w znaczeniu tego co widzisz a nie tego co możesz zmierzyć, przyświeca (dobre słowo) im przesłanie, że to nie miernikom światła powinno się ufać ale własnym oczom. 

​Projektując jakiekolwiek wnętrze bardzo trudno jest stwierdzić co jest najważniejsze, który z elementów odgrywa kluczową rolę. Jak dobrze zagrany koncert, gdzie poszczególne instrumenty grają swoją melodię i scalają się w jeden kompletny utwór, tak wszystkie elementy dobrego designu mają swoje określone zadania i nic nie jest dziełem przypadku. Nie da się jednak uciec od jednej znakomitej prawdy: jeżeli zgaśnie światło to zniknie kolor, forma, struktura. Zniknie misternie utkana całość. Jak powiedział amerykański projektant oświetlenia William Lam: “ cały naoczny design jest de facto również designem oświetlenia.” Bez odpowiedniego oświetlenia nawet najlepszy projekt utraci swoją jakość. Jeżeli jednak używam określenia “odpowiednie” oświetlenie to nie w sensie natężenia światła czy użycia fantastycznej lampy ale pokierowania światłem tak aby wydobyć z przestrzeni to co najważniejsze. To sztuka, która polega na wyczuciu cieniutkiej granicy, pomiędzy którą sypialnia pomalowana na czarno, z przygnębiającego lochu staje się wyrafinowaną i przytulną przestrzenią. 

Obraz
Ingo Maurer, projekt oświetlenia dla stacji metra w Monachium, Westfriedhof Zentral, rok 1998
]]>
<![CDATA[loft]]>Tue, 29 Jan 2019 11:56:10 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/loft
Loft, loftowy styl, loftowa lampa, loftowe meble, to pojęcia, które już na stałe wpisały się w terminologię dzisiejszego projektowania. Czy w dobie obecnego nowego budownictwa, stylizowanego na oryginalne lofty i tylko je udające, te prawdziwe dalej owiane są uczuciem romantyzmu, czy pozostały już tylko jeszcze jedną formą na mieszkanie?
Z bardzo wyjątkowym loftem łączę wspomnienie swojej pierwszej pracy w Nowym Jorku i bynajmniej nie było to nic związanego z projektowanie. Zanim jeszcze wydarzyły się studia a właściwie zanim wydarzyło się wszystko, było lato ponad dwadzieścia lat temu i w niedzielny poranek ojciec zapakował mnie do subwayu i zawiózł na Manhattan. Słowo zapakował nie zostało użyte tu przypadkowo, ponieważ ani mój rodzic ani ja nie jesteśmy rannymi ptaszkami i powiedzenie “kto rano wstaje temu Pan Bóg daje” nigdy nie przyświecało żadnej z naszych idei. Nie wiem dlaczego są poranki, które tak zapadają w naszej pamięci. Przez całą drogę z Brooklynu nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Wysiedliśmy na Union Square, kupiliśmy podłą kawę w charakterystycznym niebieskim kubku. Nic szczególnego, a jednak, zamykając oczy widzę nas tam teraz stojących na rogu 17 ulicy i Union Square, pijących w milczeniu, nomen omen parę metrów od kamienicy w której mieścił się kultowy loft “Factory” Andy Warhola. Jest coś magicznego w poranku niedzielnym na Manhattanie, przynajmniej było dwadzieścia lat temu. Słońce zdążyło już zalać ulice swoim żółtym blaskiem ale nie rozgrzało ich jeszcze do nieznośnego nowojorskiego upału. Asfalt pachniał tak jak zawsze swoim dusznym, szarym pyłem. Na rogu 17 ulicy nie było jeszcze gwarnego Starbucksa tylko jedno z tych „deli”, z którego dochodził zapach smażonego jajka z bekonem. Zresztą Starbucksa też już tam nie ma. Zmienia się wszystko oprócz właśnie pamięci o tych chwilach, które z jakiegoś powodu mają się stać wyjątkowe i coś zmienić na zawsze w nas . Niedziela rano na Manhattanie to moment kiedy miasto nie uderzyło jeszcze w swój najgłośniejszy akord zgiełku i hałasu i nikt nie jest jeszcze tak zmęczony żeby nie powiedzieć, kocham to miasto. 

Nowy Jork
SoHo Nowy Jork
Nowy Jork
Decker Building, Factory Warhola, Union Square, Nowy Jork
Nowy JorkSoHo, Nowy Jork
Podeszliśmy pod budynek, w którym znajomy taty kończył prace remontowe dla swojej klientki a ja miałam jej pomóc w organizacji mieszkania po burzy jaką wykreowała tam ta odnowa. Budynek był tak wąski, że trudno było uwierzyć że mieści się tam mieszkanie. Gigantyczne okna wychodzące na ulice zdradzały ilość pięter, a jednocześnie miało się wrażenie, że budynek nie ma końca. Weszliśmy na schody, których wyślizgane, marmurowe powierzchnie zdradzały pamięć lepszych czasów tej wiekowej budowli. Na każdym piętrze znajdowało się jedno mieszkanie, do którego prowadziły gigantyczne metalowe drzwi z metalową zasuwą na środku. Mijając kolejne piętra miało się wrażenie podróży, na końcu której czeka nie mieszkanie a misja uratowania królewny w wieży.
Mieszkanie okazało się jedną, otwartą przestrzenią. Od strony wejścia doświetlał je rząd potężnych drewnianych okien wcześniej widocznych z ulicy. Trzeba było nie lada siły żeby je unieść do góry otwierając. Drugi koniec przestrzeni był ledwo widoczny. Prostokątna powierzchnia zdawała się ciągnąć w nieskończoność i tylko majaczący w oddali rozmazany kształt okna wychodzącego na ciemne podwórko zdradzał jego mętne granice. Ceglana ściana ginęła w mroku. Powstawał niesamowity efekt, w którym mieszkanie od rozświetlonego wejścia wciągało nas w swoją głębie jak w tunel z niknącym światłem, który pomimo, że niedoświetlony zdawał się przytulny i ciepły.
Stara podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Drewniana, ciemno brązowa, ze szczelinami pomiędzy deskami na szerokość palca. Wysokie sufity z pajęczyną instalacji elektrycznej i przeciw pożarowej sprawiały wrażenie bardziej fabrycznych. Z pokaźnego prostokąta jakim było całe mieszkanie, zostały wydzielone, łazienka, garderoba i sypialnia. W większości ściany zostały obłożone płytami gipsowymi i pomalowane na biało. Tylko na jednej zachowano oryginale cegły, ciemnoczerwone i nierówne, z których przy najmniejszym poruszeniu opadał pył tworząc na podłodze różowy pagórek przypominający kolory parków narodowych w Utah.


Nowy Jork
Pomimo, że przez kolejne tygodnie przyszło mi w udziale ścierać budowlany kurz z drewnianych stoliczków miliard razy, to jednak było coś tak magnetycznego w tym wnętrzu, że chciało się tam zwyczajnie być. Wyobrażałam sobie, że jestem w filmie Woody Alena ; może “Hannah i jej siostry” kiedy Frederick próbuje sprzedać obraz w swoim lofcie. 
Klientka miała na imię Hope co oznacza nadzieję i może to właśnie jej imię, które uwielbiałam powtarzać, może tamto upalne lato a może atmosfera tamtego loftu zdecydowały, że dla mnie ten rodzaj mieszkania będzie zawsze miał wartość romantyczną. Pewnie dlatego kiedy widzę nowe budynki reklamujące się stylem loftowym, z cegłami na ścianach równiutkimi jak jabłka w supermarkecie, to nie mogę się powstrzymać, żeby nie przewrócić oczami.

Szukając najprostszego tłumaczenia słowa loft z angielskiego, to otrzymamy takie wyjaśnienie jak strych czy poddasze a nawet chór. Jeżeli przyjrzeć się historii loftu, to sięga ona XIX-wiecznej Francji. Pomimo ogromnej słabości jaką żywię do Francji i Paryża i pomimo europejskiej duszy to jednak dla mnie kolebką loftu zawsze będzie Nowy Jork. Sentyment pewnie odgrywa tu wielkie znaczenie, nie da się jednak ukryć, że nie tylko dla mnie ale przed wszystkim dla nowojorczyków budynek loftowy czy sam loft jest tak charakterystyczny dla miasta jak Times Square czy Empire Building. 
To co w architekturze rozumiemy jako loft a dokładniej jako mieszkanie loftowe to przestrzeń, która oryginalnie powstała z przeznaczeniem na funkcje przemysłowe i została później przekształcona na przestrzeń mieszkalną. Wszystkie elementy architektoniczne, z którymi kojarzymy lofty takie jak duże, masywne okna, otwarte przestrzenie, wysokie sufity podtrzymywane przez żelazne kolumny, wytrzymałe drewniane podłogi, wyeksponowana instalacja, czy ceglane ściany, nawiązują do ich pierwotnego przeznaczenia. Może część tego romantyzmu związana z loftem pochodzi właśnie stąd? Z historii? Czy romantyzmem, a może egzaltacją jest stwierdzenie że te ściany były świadkiem wydarzeń, które wpłynęły na kształt Wielkiego Jabłka?
Kiedy produkcja dóbr wygasała lub przenosiła się na peryferie miasta, pozostawały ziejące pustką fabryczne budynki, które w latach 60 i 70 wypełnili nowym życiem artyści. 
Przekształcali pustostany w przestrzeń do mieszkania i tworzenia. Tamte lofty były słabo ogrzane, nie były wyposażone w kuchnie, a przez wielkie nieszczelne okna do pomieszczeń wdzierał się wiatr. Dźwięki niosły się po niezaizolowanych ścianach i stropach. Często nie było nawet wody. Było jednak tanio i wynajmowano je za przysłowiowe grosze, a ich głównym walorem były otwarte, ogromne przestrzenie pozwalające na tworzenie sztuki wielkoformatowej.


Nowy Jork
SoHo, Nowy Jork
Przechadzając się dzisiaj po ekskluzywnych butikach Soho trudno uwierzyć, że w latach 40-tych i 50-tych była to część miasta omijana szerokim łukiem. Brudna i niebezpieczna, uważana często za najgorsze miejsce do mieszkania. Nie jest więc zaskoczeniem, że dla nowojorczyków ten okres rozluźnienia prawa lokalowego jaki panował w latach 60-tych i 70-tych w połączeniu z nową energią jaką artyści tacy jak Andy Warhol, Patti Smith czy Robert Mapplethorpe wypełnili lofty dolnego Manhattanu kojarzony jest często z “odrodzeniem” dla miasta.
Nowy Jork
SoHo, Nowy Jork
Intryguje łańcuszek zmian jaki obserwujemy na Soho, w efekcie których nastąpiła gentryfikacja tych samych artystów, którzy przyczynili się do odrodzenia takich dzielnic jak Soho, Tribeca czy Chelsea.
Na własne nieszczęście artyści byli magnesem dla marszandów sztuki. W kolejnych loftowych budynkach otwierały się galerie, co z początku sprawiało wrażenie ogromnego ułatwieniem dla handlu dziełami. Galerie przyciągnęły jednak bogatych nabywców, a ci zachwyceni atmosferą artystycznej bohemy zaczęli masowo wykupywać mieszkania. To był początek końca ery artystów na Soho zajmujących lofty często nielegalnie. Większości z nich, szczególnie początkujących, w krótkim czasie przestało być stać na mieszkanie w Soho. W latach 70-tych właściciele budynków loftowych w najbardziej charakterystycznych dla nich częściach miasta jak Soho, Tribeca czy Chelsea pozwolili lokatorom na ich adaptację pomimo, że znajdowały się w strefie przeznaczonej tylko do użytku handlowego i przemysłowego. W połączeniu z rosnącym popytem na nieruchomości zapragnęli oni jednak pobierać czynsze dużo wyższe niż te pierwotne. Konflikty kończyły się w sądzie a w ich efekcie w 1982 roku uchwalono prawo loftowe i powołano do życia komisję loftową. Głównym celem tych poczynań było wprowadzenie limitu nielegalnych adaptacji i zrównoważenia praw pomiędzy właścicielami i najemcami.

Nowy Jork
Soho, Nowy Jork
W branży architektonicznej rozróżniamy pojecie loftu “prawdziwego” czyli przestrzeni, która naprawdę została zaadaptowana z przemysłowej na mieszkalną z zachowaniem większości pierwotnych elementów i przestrzeni, która tylko ma wyglądać jak loft. Proces, w efekcie którego w przeciągu kilku dziesięcioleci dzielnica Soho z zamieszkałej przez artystów płacących 100 dolarów rocznie czynszu stała się finansowo osiągalna tylko dla wybranych. Trudno nawet nazwać go procesem. Łatwiej można by to zobrazować jako krok robiony przez olbrzyma w siedmiomilowych butach w dodatku o ograniczonej wizji. Jedyne co dzisiaj dzieli potencjalnego nabywcę od zakupienia loftu w budynku, w którym jeszcze do niedawna rezydował David Bowie pod numerem 285 przy ulicy Lafayette jest niebagatelne 7 milionów dolarów i można się chwalić tym samym adresem.
Nowy Jork
Galeria Mimi Ferzt, SoHo, Nowy Jork
Proces,  w którym artyści są siłą napędową często wykorzystywaną do zapoczątkowania zmian w zapomnianych dzielnicach nie jest ani niczym nowym, ani odkrywczym. Powtarza się w historii jak błędne koło czy to w Stanach Zjednoczonych czy na "starym kontynencie".
​Można wiele powiedzieć o kierunku, w którym rozwinęło się Soho i oceniać zmiany jakie zaszły w dzielnicy od pamiętnych lat 70-tych po dzień dzisiejszy. Kierunek jest najzwyczajniej odpowiedzią na popyt. Jest to rozpędzona maszyna nie do zatrzymania. To co jednak zawdzięczamy tamtemu pokoleniu to nie tylko rozwój dzielnicy, ale rozwój tego wyjątkowego stylu w design’ie jakim jest styl loftowy, który w różnych postaciach, lepszych lub gorszych przetrwał po dzień dzisiejszy i jest fantastyczną odpowiedzią na kolejną formę adaptacji. 
]]>
<![CDATA[Dia beacon -adaptacja idealna]]>Tue, 22 Jan 2019 14:46:12 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/dia-beacon-adaptacja-idealna

Zaledwie 80 minut spędzonych w pociągu dzieli stacje kolejową Grand Central na Manhattanie od niepozornej miejscowości Beacon położonej urokliwie nad brzegiem rzeki Hudson. Począwszy od lat 70, na które przypada ekonomiczny kryzys miasteczka, do roku 2003 spało sobie ono uśpione i zapominane przez świat, zniesławione opinią nudnego a nawet niebezpiecznego.
Na przekór temu, jak mogły się potoczyć jego dalsze losy, Beacon posiadało jednak bardzo znaczący walor, a mianowicie architekturę postindustrialną, która w ostateczności uratowała miasto od panoszącego się tam marazmu.
W roku 2003 fundacja sztuki Dia wykorzystując budynek fabryczny zakładów ciastkarskich Nabisco (to te, które słyną między innymi z ciasteczek Oreo), otworzyła w Beacon muzeum sztuki nowoczesnej z pracami wybitnych artystów tworzących w latach 1960 i 1970. Według danych* galerie poświęcone na sztukę Minimalizmu, Konceptualną i Postminimalizmu odwiedza rocznie 65,000 gości. Jest to jeden z tych fascynujących przykładów, które nie ma co ukrywać kradną moje serce, kiedy adaptacja budynku i dorobek instytucji przekuwa się na sukces miasta.
Fundacja Sztuki Dia powstała w 1974 roku w Nowym Jorku z inicjatywy Philippy de Menil, Heinera Friedrich i Heleny Winkler. Przyjęła sobie misję “rozwijania, realizowania i zachowywania wizji artystów”. Co jednak najważniejsze i co w prostej linii doprowadziło do wykorzystania tego fabrycznego budynku, to główny cel fundacji - “wsparcie twórców w osiągnięciu ich wizjonerskich projektów, które inaczej nie zostałyby zrealizowane ze względu na ich rozmiar lub zakres.” Obrany cel znajduje również wyraz w nazwie. Słowo Dia zostało zaczerpnięte z Greki i oznacza „poprzez”.
Budynek który dzisiaj jest magnesem dla miłośników sztuki kiedyś służył jako hala produkcyjna do drukowania i składania kolorowych opakowań potentata w produkcji ciastek jakim jest Nabisco. Ogromne przestrzenie kiedyś wypełnione gwarem pracujących ludzi pogrążyły się ostatecznie w bezruchu w 1991 roku i ten stan ciszy miał trwać do Marca 1999 roku kiedy Fundacja Dia ogłosiła swoje plany związane z adaptacją fabryki i utworzenia muzeum w którym swoje miejsce mogłyby znaleźć dzieła wymagające od wystawiennictwa ogromnych przestrzeni. Fundacja posiadała w swojej kolekcji dzieła takich mistrzów jak Richard Serra słynący ze swoich monumentalnych, stalowych rzeźb, składająca się ze 102 płócien praca „Shadows” Andy Warhola, przestrzenne rzeźby Louise Bourgeois czy kultowa instalacja świetlna Dan’a Flavin’a. Budynek fabryczny pochodzący z 1929 roku sprawiał wrażenie idealnego do rozmieszczenia dzieł tak aby zwiedzający mogli je poczuć i stać się ich częścią.
Nad projektem adaptacji, Dia współpracowała z artystą Robertem Irwinem i architektami z biura OpenOffice. W efekcie tej kolaboracji powstała przestrzeń przeznaczona na galerie o powierzchni ponad 22,000 metrów kwadratowych z wykorzystaniem naturalnego światła pochodzącego ze świetlików o powierzchni ponad 3,000 metrów kwadratowych. Fabryka zbudowana przy użyciu cegły, stali, betonu i szkła była modelowym przykładem architektury przemysłowej pochodzącej z początków dwudziestego wieku. Celem Fundacji było również zachowanie oryginalnej budowli a pracujący nad adaptacją architekci skupili się nad wykorzystaniem naturalnego światła i minimalnej ilości materiałów. Każda galeria jest zaplanowana tak aby zaprezentować prace jednego artysty i sprawia wrażenie przestrzeni o charakterze loftowym. Robert Irwin był również odpowiedzialny za architekturę krajobrazu wokół budynków. Jego celem było ujednolicenie nowo powstałego muzeum z otaczającą go przestrzenią. Muzeum zostało również dodane do oficjalnego rejestru zasobów kulturowych Stanów Zjednoczonych zasługujących na ochronę ( National Registry of Historical Buildings).
Tłumacząc pojęcie adaptacji w sposób ściśle słownikowy, w odniesieniu do architektury jest to procesem ponownego użycia budynku lub przestrzeni w celach innych niż był do tego oryginalnie zaprojektowany. Dla mnie adaptacja to rodzaj szczęśliwego małżeństwa, perfekcyjnej unii pomiędzy dziedzictwem, wyjątkowym designem i dobrze dobraną, nową funkcją.  
Od momentu kiedy słowo pisane stało się dla mnie obok samego projektowania jeszcze jedną formą wyrażania tej ogromnej pasji jaką jest w moim życiu design i architektura, coraz częściej opieram się o słowa klucze które nabrały całkiem nowego znaczenia i z którymi dopiero teraz po ich przelaniu na papier czuje się emocjonalnie związana. Nie trudno dostrzec jak ogromną wartość stanowi dla mnie “inspiracja” a teraz pisząc o muzeum Dia Beacon przyznaję, że słowo adaptacja nabrało równie głębokiego sensu. Jak inspiracja jest źródłem pomysłów przy projektowaniu, tak adaptacja jest częstym sposobem ich realizacji.
W odniesieniu do spuścizny jaką są historyczne budowle przeczytałam ostatnio, że “najlepszym sposobem na zachowanie dziedzictwa jest nadanie mu adekwatnego, nowego przeznaczenia”.



​*Dane zaczerpnięte z Center for Creative Community Development

Nowy Jork
Dia Beacon
Nowy Jork
Dia Wejście
Nowy Jork
Galeria
Nowy Jork
Richard Serra
Nowy Jork
Richard Serra
Nowy Jork
Louise Bourgeois
Nowy Jork
Andy Warhol
Nowy Jork
Dan Flavin
Nowy Jork
Walter De Maria
Nowy Jork
Michael Heizer
]]>
<![CDATA[Art Deco- historyczna dzielnica miami]]>Tue, 15 Jan 2019 12:55:26 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/art-deco-historyczna-dzielnica-miamiAż trudno w to uwierzyć, ale należę do pokolenia, które z zapartym tchem śledziło losy bohaterów serialu “Policjanci z Miami”. To było pomiędzy rokiem 1984 a 1990 i co dzisiaj w dobie rozwoju technicznego pędzącego z prędkością odrzutowca wydaje się nieprawdopodobne, wybór ilości dostępnych kanałów telewizyjnych był dość mocno ograniczony. Każdy wiek ma swoje prawa i nie ma co ukrywać, że w tamtym okresie życia rozwiany włos Dona Johnsona,  jego sławny trzydniowy zarost i niechlujny styl intrygowały mnie dużo bardziej niż pastelowa architektura perfekcyjnego Art Deco będąca tłem do pościgów filmowych bohaterów uganiających się za przestępcami.
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
Dla tej niezwykłej architektury, tych wyszukanych wnętrz o charakterystycznej prostej formie a jednocześnie przepychu, pewnego rodzaju dziwną pasją stało się dla mnie oglądanie przygód Herculesa Poirot. Tym razem absolutnie nie dla kręconego wąsika głównego bohatera ani jego nadludzkich, detektywistycznych umiejętności, wręcz przeciwnie, często po obejrzeniu odcinka nie wiem nawet co się w nim działo. Naśladując jednak głównego bohatera w jego profesji, z zapałem detektywa śledzę każdy szczegół  znajdujący się w pomieszczeniach dopracowanych do perfekcji. 
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
Styl Art Deco odcisnął swoje piętno na niejednej dziedzinie życia: architekturze, malarstwie, rzeźbie, grafice, architekturze wnętrz, sztuce użytkowej, biżuterii, modzie; w stylu Art Deco projektowano samochody, pociągi, statki, nie zapominając o odkurzaczach. Nawet z tą wiedzą, kiedy śledzę szczegóły wnętrza Art Deco nie mogę wyjść z podziwu nad zadziwiającą ilością detali. Zawsze wtedy nasuwa mi się słowo “zaprojektowany”. Wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół w tym stylu jest zaprojektowane, począwszy od guzika w marynarce a skończywszy na drapaczach chmur czy liniowcach przemierzających błękitne oceany.
Pomimo że, moje serce zostało dawno zaprzedane modernizmowi i mogłabym zamieszkać otoczona betonem to jednak Art Deco ma w sobie coś magnetycznego nad czym nie potrafię przejść obojętnie.
​Myślę też, że jest to styl najczęściej rozpoznawalny nawet dla kogoś kto nieszczególnie interesuje się tematem. Większość z nas jest w stanie wymienić jedną lub dwie cechy z którymi kojarzymy Art Deco. Gdyby chodziło o jakikolwiek inny styl, weźmy chociażby Art Nouveau, dla którego Art Deco było przeciw wagą, prawdopodobnie wypadłoby dużej gorzej.

Nowy JorkNowy Jork, Manhattan, Chrysler Building
Nowojorskie drapacze chmur zbudowane w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, takie jak budynek Chrysler’a, Empire State Building czy Centrum Rockefellera, stały się “pomnikami” stylu Art Deco. Stąd też przekonanie, że Nowy Jork potencjalnie mógłby być najlepszym miejscem do zobaczenia Amerykańskiego Art Deco. Jeżeli czujemy z jakichkolwiek powodów ogromną wewnętrzną potrzebę cofnięcia się w przeszłość do lat powiedzmy wczesnych trzydziestych, to nie w Nowym Jorku a w Miami zaspokoimy swój głód podróży w czasie. 

Nowy Jork
Chrysler Building, Detal
Obraz
Będąc w Miami i siedząc na ławce w Lummus Park od tyłu jak szalem będzie nas otulał szum Oceanu. Kiedy spojrzymy za siebie, to linia perfekcyjnie żółtego piasku odcinająca się od błękitnej wody rozświetlona jaskrawym słońcem, będzie nas oślepiać swym blaskiem. Nad nami falujące wielkie palmy a przed nami panorama pastelowej zabudowy, którą gdy wyciągniemy rękę z dziecinną łatwością odrysujemy palcem po niebie podążając za charakterystycznym kształtem złożonym z poziomych i pionowych linii. Z naszej ławki patrzymy na Miami Art Deco District, który jest największym skupiskiem budowli w stylu Art Deco na świecie. Historyczna dzielnica obejmuje ponad 800 budynków pochodzących z lat 1923 do 1943.
​W latach trzydziestych podczas Wielkiego Kryzysu w naturalny sposób przepych jaki charakteryzował styl Art Deco przycichł. Powstała nowa forma stylu, uproszczona i oszczędniejsza w wyrazie nazwana Streamline Moderne. Charakteryzowała się używaniem zaokrąglonych form, długich, poziomych linii, a wraz z pojawieniem się nowych materiałów jak stal nierdzewna, plastik oraz nowych technologii jak chromowanie znaczyły ją również gładkie i wypolerowane powierzchnie. Na ten właśnie okres, rozpoczęty Wielkim Kryzysem a zakończony rozwojem wypadków Drugiej Wojny Światowej przypada największa hossa budowlana w rejonie Miami Beach. 


Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
W latach siedemdziesiątych podupadające i w dużej mierze niszczejące budynki padłyby najpewniej ofiarą deweloperów i jest wielce prawdopodobne, że dzisiaj na miejscu zabytkowej zabudowy Art Deco  “podziwialibyśmy” nowoczesne apartamentowce z widokiem na ocean. To, że jednak dzisiaj możemy poczuć się w Miami jak w świecie w którym czas zatrzymał się na latach trzydziestych to dzięki powstałej w 1976 roku organizacji Miami Design Preservation League. Jej działacze na czele z Barbarą Baer Capitman ocalili większość budynków przed rozbiórką a największym osiągnięciem ich działań było wpisanie The Miami Beach Architectural Historic District ( inaczej “Art Deco District” and “Old Miami Beach”) do oficjalnego rejestru zasobów kulturowych Stanów Zjednoczonych (  National Register of Historic Places ) 14 Maja 1979 roku. Tym samym Miami Art Deco District stał się pierwszą, miejską dzielnicą historyczną pochodzącą z dwudziestego wieku. Organizacja Barbary Baer Capitman przyjęła sobie za cel konserwacje, ochronę i promowanie zarówno wyglądu jak i spójności dzielnicy Art Deco w Miami.
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
Zadziwia fakt, że z jednakową siłą jaką niszczymy, potrafimy również i chronić. Sami doprowadzamy do sytuacji gdzie w konsekwencji powstaje potrzeba przeciw wagi. Cieszymy się z sukcesów takich organizacji jak Miami Design Preservation League tak jakby był to sukces w walce z siłą pochodzącą gdzieś z zewnątrz a tak naprawdę sami jesteśmy odpowiedzialni za to błędne koło.
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
Miami
Miami, Floryda, Art Deco Historic District
W 1925 roku w sztuce Art Deco powstały dwie rywalizujące ze sobą szkoły. Jedna, do której należeli tradycjonaliści stylu dążący do połączenia nowoczesnej formy z tradycyjnym rzemiosłem i drogimi materiałami,  i druga szkoła zrzeszająca modernistów, którzy coraz bardziej odrzucali przeszłość i podążali za stylem opartym na nowoczesnej technologii, prostocie, braku motywów dekoracyjnych, niedrogich materiałach i masowej produkcji. Moja miłość do modernizmu jest niezaprzeczalna i nie wierzę, że ktoś mógłby mnie przekonać, że to nie forma podąża za funkcją. Nie mogę jednak zgodzić się na absolutne przekreślanie przeszłości. Nie wierzę również do końca w to, że “dom to maszyna do mieszkania” i gdyby mi dane było dziś spotkać się z LeCorbusier na kawie albo lepiej przy lampce wina to pewnie przydarzyłaby się nam niezwykle dynamiczna dyskusja. Wierzę, że przeszłość może być formą inspiracji i jej kompletne odrzucenie prowadzi do pewnego rodzaju zubożenia. Bez względu na to co jest inspiracją, myślę, że najważniejsza jest umiejętność tworzenia nowych trendów tak abyśmy pozostali dzięki nim zapamiętani, bo najgorsze co może wydarzyć się w dizajnie to bylejakość.
]]>
<![CDATA[święta w nowym jorku]]>Mon, 17 Dec 2018 12:11:59 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/swieta-w-nowym-jorkuNowy Jork
Powiedzieć, że w okresie świątecznym Nowy Jork zamienia się w “rozświetloną krainę czarów” jest, nie w pewnym sensie, ale zdecydowanie niedomówieniem.  Widok miasta, które na co dzień mieni się milionami iskrzących świateł i z oddali wygląda jak perfekcyjnie skrojony kostium Liberace, a którego iluminacja w okresie Bożego Narodzenia nabiera takiego natężenia, że faktycznie przez te kilka tygodni mamy poczucie zawieszenia w świecie magii. To niezapomniane wspomnienie trwa w nas, aż do kolejnego sezonu świątecznego. Można mieć wiele negatywnych skojarzeń związanych z obfitością jakie Nowy Jork serwuje odwiedzającym i miejscowym w tym czasie. Jest przecież wzmożony ruch uliczny, miliony turystów depczących po sobie, jakby miasto nie miało ich pod dostatkiem w ciągu całego roku. Tylko w samym okresie pomiędzy Świętem Dziękczynienia a Nowym Rokiem odwiedza je około 5 milionów przybyszy. Znajdą się więc malkontenci, którzy obliczą ilu biednym można by pomóc za pieniądze wydane na nadmierny przepych dekoracji, no i oczywiście wszyscy, którym żal jest drzewek ściętych tylko z tej okazji. Ta magia świąt ma swoje blaski i cienie. Dla mieszkańców ten napływ odwiedzających jest, tak naprawdę nieznośny. Ludzie praktycznie stoją sobie na głowie, żeby zobaczyć słynne wystawy domów towarowych przy Piątej Aleji. Recepcje hotelowe radzą, żeby udać się tam o świcie albo późno wieczorem i na pewno nie w weekend. Stojąc w kolejce po bilet na lodowisko przy Rockefeller Center pewnie w końcu zrezygnujemy na korzyść grzanego wina aby móc uspokoić skołatane nerwy i chęć zamordowania każdego kto jeszcze raz nam nadepnie na stopę.

Nowy JorkChoinka przed Rockefeller Center
Jeżeli jednak “White Christmas” słuchany miliardowy raz tego dnia nie zakłóci naszego wewnętrznego zen i uda się nam pokonać cierpienie przedzierania się przez tłum, to kiedy staniemy chociaż na moment pod choinką sięgającą dwudziestu trzech metrów wysokości, ozdobioną przez ośmiokilometrowy sznur  50,000 ledowych światełek, to nawet największy świąteczny maruda ulegnie magii tej chwili. 
​Pierwsza choinka została postawiona i udekorowana na środkowym Manhattanie kiedy Rockefeller Center było jeszcze placem budowy. Był rok 1931 i w Nowym Jorku panowała przygnębiająca era Wielkiej Depresji. Drzewko ufundowali sami robotnicy budowlani a ich rodziny udekorowały je łańcuchami z żurawiny i papieru. Znalazły się na nim nawet metalowe puszki. Oficjalna choinka rozbłysnęła światełkami dwa lata później i od tamtego czasu jest tradycją powtarzaną każdego roku. Mówi się, że zapalenie światełek na choince pod Rockefeller Center, które oczywiście odbywa się z wielka pompą z udziałem tłumów i kamer telewizyjnych jest oficjalną datą rozpoczynającą okres świąteczny w mieście. Od 1936 roku choince towarzyszy lodowisko a w 1969 roku dekoracje dopełniło 12 rzeźb aniołów z drutu wykonanych przez artystkę Valerie Clarebout. Tegoroczna gwiazda wieńcząca czubek choinki wykonana jest z trzech milionów kryształów Swarovskiego a za jej projekt odpowiada światowej sławy architekt Daniel Libeskind. Kiedy 7 stycznia na choince zgasną lampki a miasto przejdzie w stan zimowej codzienności, drzewo znajdzie swoje drugie życie w postaci budulca domów dla najbiedniejszych. Od 2007 roku drewno z choinki jest przekazywane organizacji charytatywnej Habitat for Humanity. 


Nowy Jork
Lodowisko pod Rockefeller Center
Jestem pewna, że podniesie się teraz niejedna brew ale tradycją świąteczną równie wiernie kultywowaną w Nowym Jorku co odwiedzanie szopek w krakowskich kościołach jest oglądanie wystaw domów towarowych które w tym okresie prześcigają się w kreatywności swoich dekoracji.
Obraz
Jest to tradycja nie tylko praktykowana przez turystów ale głównie przez miejscowych. Z pozoru banalne, ale dla domów towarowych takich jak Bergdorf Goodman, Macy’s , Lord & Taylor, Saks Fifth Avenue, Barneys i Bloomingdales w tym szczególnym czasie towar przechodzi na drugi plan a cała wystawa opiera się na opowiedzeniu wcześniej wybranej i precyzyjnie zaplanowanej fantastycznej historii. Tradycja dekorowania wystawy domu towarowego Macy’s sięga roku 1874. Całą dekoracją sklepu zajmuje się osobno do tego powołany dział i jest to praca całoroczna.   Oprócz swojej cudacznej wystawy Saks Fifth Avenue również zachwyca pokazem światła i muzyki wyświetlanym na fasadzie swojego budynku vis-a-vis Rockefeller Center. Tę tradycję sklep zapoczątkował w 2004 roku kiedy 50 ogromnych śnieżynek rozświetliło ścianę budynku przy pomocy 70,000 ledów. Ten zadziwiający spektakl świetlny oglądały tłumy. Można powiedzieć, hmmmm, żadna to tradycja, ale święta składają się właśnie z tych niewielkich przyjemności. Z braku oczekiwań i z bycia razem. Tęsknię więc, za czasem, kiedy z moją siostrą cioteczną chodziłyśmy po świątecznych jarmarkach oglądając nikomu niepotrzebne przedmioty i ustanawiałyśmy własną tradycje. Przeciskałyśmy się przez duszny tłum trzymając się za ręce, żeby się nie zgubić bo musiałyśmy mieć selfie pod choinką. Wystawa w Bergdorf Goodman zawsze wzbudzała w nas takie same reakcje pełnego zachwytu i po tej rewii kreatywności grzane wino to już nie tradycja a obowiązek. 

Nowy Jork
Saks Fifth Avenue
W okresie świątecznym organizowane są autobusy wycieczkowe, które zabierają turystów z Manhattanu na Brooklyn. Mieszkańcy dzielnicy Dyker Heights słynną z dekoracji, do których pasuje tylko jedno chyba słowo: gargantuiczny i to jest pierwszy i zarazem ostatni mam nadzieję raz kiedy go używam. Wartość niejednej z nich oceniana jest na 10,000$. Tak, wiem, szokujące, ale prawdziwe.
Nowy Jork
Dyker Heights
Ponieważ zawsze miałam problem z rzeczami, które trzeba i które muszę, tak też jest i u mnie z tradycją; pomocną dłonią więc, w kultywowaniu własnych, wynikających z wychowania stało się przyswajanie nowych, nabytych, zapożyczonych z innych kultur. Myślę, że kultywowanie tradycji tylko we własnym, najbliższym gronie i kiszenie je w ciasnym słoiku nie ma wielkiego sensu. Tradycja nabiera znaczenia wtedy, kiedy można się nią dzielić i kiedy potrafimy się otworzyć na tradycje innych kultur i adoptować z nich to co wydaje się nam piękne i potrzebne. Rozumiem punkt widzenia katolików patrzących ze zmarszczonym czołem znad żłóbka nowo narodzonego Jezusa jak ich drugie po Wielkanocy największe święto religijne uległo totalnej laicyzacji w świecie zachodnim.
Nowy Jork
foto Bartek Kulas
Rozumiem, że zasiadając do dwunastu potraw przy wigilijnym stole można mieć wątpliwości czy Holiday Party  (ang. przyjęcie świąteczne) to jeszcze ciągle Boże Narodzenie. W jakimś sensie jest to fantastyczne zjawisko  kiedy całe Stany Zjednoczone i wszystkie stolice Europejskie zamieniają się w tym czasie w rewię świateł a kontekst religijny schodzi na drugi plan. Jeżeli faktem jest, że religia tak często jest przyczyną podziałów, to w tym aspekcie tradycje zbudowane na bazie chrześcijaństwa i ewoluujące latami stały się elementem scalającym. Bo czym tak naprawdę jest Boże Narodzenie jak nie świętem pełnym miłości, a ta  jest możliwa do celebrowania przez wszystkich.
Nowy Jork
foto Bartek Kulas
Według informacji przekazywanych przez Rockefeller Center ich sławna choinka miała zawsze na celu “ od początku być miejscem zgromadzeń i refleksji nad wydarzeniami w otaczającym świecie….”
Jeżeli takie faktycznie jest przesłanie to zadziwia fakt, że gałęzie tego wspaniałego i majestatycznego drzewa są w stanie udźwignąć to wszystko co dzieje się dzisiaj na naszej planecie. Pozostaje wiara, że duch świąt wzbudzi we wszystkich nie tylko szał zakupowy ale też empatię, tolerancję i miłość, czego nam wszystkim życzę. 


]]>
<![CDATA["Transakcje nie za miliony" -nowy jork]]>Mon, 10 Dec 2018 21:11:42 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/transakcje-nie-za-miliony-nowy-jorkZanim nastała, jakże niezbędna do życia wydawać by się mogło era telefonii komórkowej i każdy był właścicielem telefonu stacjonarnego, to posiadanie w Nowym Jorku kierunkowego 212 nie oznaczało tylko trzech pierwszych cyfr, ale było wyznacznikiem statusu.  Właściwie, nie, że było, w niektórych kręgach nadal jest. Posiadanie kierunkowego 212 szczególnie dla biznesu oznacza, że jest to szanowana instytucja z korzeniami na Manhattanie. Ciekawe, jak coś tak prostego może świadczyć o poziomie stabilizacji firmy i wzbudzać do niej większe zaufanie. Są prawnicy, przedsiębiorcy, właściciele mniejszych lub większych kompanii, którzy przyznają otwarcie w wywiadach udzielanych na łamach New York Times’a , że wręczenie wizytówki, na której widnieją te trzy magiczne cyfry zapewnia im natychmiastowe zwiększenie zaufania wśród klientów i jest magnesem przyciągającym nowych. Dzisiaj, kiedy miasto już dawno wyczerpało limit nobilitującego 212, można go zakupić przez internet za niecałe 100$. 
Numerowi kierunkowemu 212 został poświęcony cały jeden odcinek popularnego serialu „Seinfeld” z 1998 roku, w którym  Elaine planuje kradzież sławnego numeru. 
W 1997 na rynku perfumiarskim ukazał się zapach marki Carolina Herrera nazwany po prostu 212. Nuty tego zapachu miały przybliżać do Nowego Jorku bez względu na to jak daleko się od niego znajdujemy. Musi być w tym jakaś magia skoro z powodzeniem są sprzedawane po dzień dzisiejszy. Sama nie wiem, jakie to czary, bo gdybym miała przywołać zapachy, które mnie zbliżają do Wielkiego Jabłka to nadawałyby się na wszystko, ale na pewno nie na perfumy….
Nierozerwalnie ze statusem łączony jest również rynek nieruchomości. Agencje nieruchomości to fascynująca sieć zależności. Ich pracownicy opanowali do perfekcji umiejętność dobierania słów i żąglowania nimi z akrobatyczną wręcz zręcznością. Fascynowało mnie zawsze zjawisko, kiedy ludzie dla podkreślenia swojego statusu podpierają się swoim adresem i w zależności od tego co chcą podkreślić i jaki sobie nadać walor zapytani o to gdzie mieszkają taką dadzą odpowiedź. Miasto Nowy Jork administracyjnie dzieli się na pięć dużych dzielnic, a każda z nich na mniejsze dzielnice, między którymi istnieją jednak dysproporcje. Tak, więc na pytanie - gdzie mieszkasz? odpowiedź - na Manhattanie, często nie jest wystarczająca. W salonie, w którym pracowałam bardzo szybko można było ocenić czy ktoś traktuje swój adres jak jeszcze jedną metkę na garniturze czy ma do tego dystans. Tak więc ktoś mieszkający na Brooklynie w jednej z modniejszych i droższych dzielnic zawsze wymieni ją z nazwy, zapytany o adres. Powie, Brooklyn Heights, Dumbo, albo Williamsburg a nie tylko Brooklyn. Miałam klientkę, która podkreślała, że nie dość, że mieszka na Brooklyn Heights, to zaraz przy samej promenadzie i to od dawna. Rozbroił mnie jednak fakt, że sporo mieszkańców Manhattanu posługuje się nie tylko nazwami dzielnic czy ulic jako symbolami osiągniętego sukcesu ale również nazwami budynków. Jest to również często powiedziane w sposób który jednocześnie narzuca tę wiedzę jako coś absolutnie naturalnego i jeżeli nie wiesz,  że Beresford to luksusowy apartamentowiec przy Central Parku to możesz się spodziewać przewrócenia oczami. Myślę o tym, kiedy w tak zwanym czasie wolnym z kubkiem pachnącej kawy bawię się pilotem i trafiam na  program “Transakcje za miliony -Nowy Jork”. Trzech przystojnych agentów w nienagannych garniturach, dla zdobycia klienta czy to sprzedającego czy kupującego są w stanie zrobić właściwie wszystko. Oczami wyobraźni widzę ich jako trzy wygłodniałe rekiny kąsające się po bokach i gotowe odgryźć głowę każdemu kto stanie im na drodze. Oglądam wymuskane rezydencje, bo trudno nazwać je mieszkaniami, gdzie rachityczny chihuahua leży na brokatowej poduszce w pełnym słońcu wpadającym przez taflę szkła sięgającą od podłogi do sufitu. Pomyślałam, jak łatwo jest kształtować wyobrażenie o mieście na podstawie reality show. Oglądając taki program można by pomyśleć, że jest to istne eldorado i jak to w ogóle jest możliwe, że cały świat jeszcze się tam nie przeniósł i tak nie mieszka? 
​Kiedy jako dziecko wyobrażałam sobie to miasto to była to wizja oczywiście idealistyczna. Wszystko miało być bardzo piękne i schludne i na wysokim poziomie. Bez zepsutych klamek, dziur w drzwiach, podrapanego tynku i odpadających kafelek. Obalając dość brutalnie mit owego wyżej wymienionego programu,  to faktem jest, że taki świat oczywiście istnieje, ale istnieje też druga bardziej przyziemna twarz rynku nieruchomości. Miejsce dla tych wszystkich, których chihuahua nie sypia na złotych piernatach. Istnieją kamienice ze schodami tak nierównymi, że mieszkańcy powinni się ubezpieczać od wypadku chodząc po nich tam i z powrotem, nie wspominając o wnoszeniu zakupów. W swojej pracy widziałam mieszkania tak nadgryzione zębem czasu i pozbawione inwestycji latami, że zawsze moja pierwsza myśl po otwarciu drzwi była jednakowa: jak ktoś chciałby to wynająć? Ano, niestety chciałby, wbrew temu co mogłoby się wydawać, na Manhattanie zawsze znajdzie się lokator chętny na nawet najgorszą dziurę.

Właściciele nieruchomości nierzadko decydują się na inwestycje dopiero wtedy, kiedy mieszkanie staje się niebezpieczne. Jeżeli puszkę elektryczną przykrywa tylko połowa włącznika a za nim widać stare jak cały Nowy Jork druty to jest to dobry powód. Lepiej też żeby drzwiczki w szafce kuchennej nie spadły nikomu na głowę i myszy nie wchodziły z piwnicy do mieszkania. Karaluchy rozmiaru dziecięcego resoraka wychodzące przez odpływ kuchenny są dozwolone i u nikogo nie wzbudzają złych emocji. 
Według mojego znajomego agenta nieruchomości rynkiem wynajmu rządzą właściciele mieszkań a nie najemcy i jeżeli cena za wynajem będzie odpowiednia do budżetu lokatora to przymknie oko na wszystko. Czasami to wszystko jest tak zdumiewające, że na chwilę można zapomnieć, że jest się w stolicy świata. Ci sami właściciele mieszkań, którzy zwykle nie maja zamiaru szarpnąć się na wydatek poprawy wyglądu ich przybytku, będą często, choć nie zawsze, wymagać od najemcy dochodu przewyższającego miesięczny czynsz 40 razy. Tak więc, jeżeli będziemy chcieli wynająć jakiś przybytek za 1500$ miesięcznie, to pewnie będzie to mała kawalerka, a nasz roczny dochód nie może być mniejszy niż 60,000$ przed podatkiem. To co się waży w takich momentach to słowa „dużo” i „mało”. Zawsze mnie to interesowało co w takim mieście oznacza mało i dużo. Według mojego kolegi wszystko oczywiście zależy od rejonu, w którym chcemy zamieszkać, ale żeby uogólnić i przytoczyć jakąkolwiek liczbę to nieruchomości położone poniżej takich dzielnic Manhattanu jak Upper West Side i Upper East Side z ceną poniżej 2,500$ miesięcznie są uważane za super tanie a od 7,000$ za drogie. To, co winduje obecne ceny wynajmu mieszkań to małe zainteresowanie kupnem. Wynajem w stosunku do kupna jest dla większości ciągle bardziej opłacalny i przystępny.

Z własnych obserwacji zawsze fascynował mnie fakt, że nowojorczycy jednocześnie będąc tak wymagający, pod innymi względami tak często obniżają poprzeczkę i idą na tyle kompromisów związanych z miejscem zamieszkania. Na końcu dnia, sprowadza się to do tego, że wszyscy za wszelka cenę chcą być w centrum. Chcą zapłacić jak najniższy czynsz za adres, który da im prestiż nawet jeżeli wynajęta dziurka będzie poniżej ich standardów. 
Utarło się powiedzenie, Nowy Jork miasto kontrastów. Nie wiem dlaczego akurat Nowy Jork zyskał sobie to miano. W większym lub mniejszym stopniu kontrasty są wszędzie. Faktem jest, że niektóre  nowojorskie mieszkania można by zmieścić w niejednej pewnie garderobie wypchanej po brzegi futrami w bogatych rezydencjach i te skrajności mogą razić. Byłoby jednak utopią, mieć do kogokolwiek o to pretensje, co nie zmienia faktu, że moim pragnieniem jest, aby wszyscy mogli żyć w godnych warunkach, ciekawie zaprojektowanych i przyzwoicie wykonanych mieszkaniach.
*******Ogromne podziękowania należą się Carlosowi Simoes z agencji nieruchomości Modern Spaces w Nowym Jorku za czas jaki poświęcił opowiadając na wszystkie moje pytania. 
Wszystkie zdjęcia pochodzą z własnej kolekcji i przedstawiają autentyczne mieszkania na Manhattanie********

]]>
<![CDATA[Santa Fe- Architektura południowego zachodu]]>Mon, 03 Dec 2018 18:44:24 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/santa-fe-architektura-poludniowego-zachoduSanta Fe
Jestem przekonana, że na wycieczkę do Nowego Meksyku są dużo lepsze momenty w roku niż koniec listopada, ale ponieważ zwykle robię wszystko pod prąd tak i tym razem nie widziałam przeszkód w wybraniu się na południowy zachód o tej jakże „przytulnej” porze roku. 
Ciekawe jak w takich momentach nasza wyobraźnia opiera się na czystych, zakodowanych w podświadomości obrazach i stereotypach. Z tym Nowym Meksykiem było trochę jak z jeleniem, bo kiedy myślę o rogaczu,  to nie mogę się powstrzymać, żeby nie wyobrazić go sobie na rykowisku i jakoś tak samo w naturalny sposób myśląc o Santa Fe widziałam oczami wyobraźni zalaną słońcem czerwoną skałę i jaszczurkę leniwie wylegującą się na ciepłych cegłach adobe.
No wiec, nie, listopad w Nowym Meksyku tak nie wygląda. Stwierdzenie, że podróże kształcą w moim przypadku jednak nie sprawdza się na pewnych płaszczyznach, bo jak nigdy nie czytam instrukcji obsługi, tak równie rzadko sięgam do przewodników. Na granicy Kolorado z Nowym Meksykiem dogoniła nas burza śnieżna. Wiatr wiał tak silny, że zerwało rejestrację z samochodu. Rano kiedy ustały opady śniegu i wyszło zadziwiająco ostre słońce, krajobraz wyglądał jak po bitwie. W rowie autostrady leżały jak zepchnięte łapą Godzilli poprzewracane wielkie ciężarówki, dodatkowo przysypane zwałami śniegu odgarniętymi przez rozpędzone pługi. Nowy Meksyk przyprószony był śniegiem jak tort posypany cukrem pudrem i spod białego puchu jeszcze ostrzej rysowała się charakterystyczna cegła w kolorze terakoty. 


Zanim osiągnęliśmy cel podróży, na drodze pojawił się znak skrętu do Four Corners. Four Corners co należy przetłumaczyć - Cztery Narożniki - jest nietypowym miejscem na mapie Stanów Zjednoczonych, gdzie pod idealnie prostym kątem zbiegają się granice czterech stanów: Nowego Meksyku, Kolorado, Arizony i Utah. Miejsce jest pustkowiem w dali otoczonym górami, którego centrum wyznacza płyta kamienna z krzyżem przecięcia się czterech granic. Znajdował się tam jeden budynek, a bardziej  domeczek o nijakim wyglądzie. W kompletnie surowym wnętrzu pamiątki sprzedawała wiekowa Indianka. Oprócz niej znajdowało się tam biurko i krzesło, a ogień trzaskający w kominku przypominał, że na tym pustkowiu istnieje życie. Pomimo, surowości wnętrza, chciało się tam zostać. Chciało się rozmawiać z tą niezwykłą kobietą, która opowiadała gdzie zbiera piasek o charakterystycznym zabarwieniu, z którego robi swoje obrazki. Na odwrocie tych pamiątek, miedzy innymi napisała, że turkus oznacza piękno i harmonię. Pomyślałam, że posiadamy naturalną potrzebę powielenia piękna i harmonii lub wręcz usiłujemy wymyślać je na nowo. Komplikujemy coś co nie jest skomplikowane i otacza nas w swojej perfekcyjnej formie.
Czy kiedy Alvar Alto wybitny fiński architekt tworzył swoje dzieła z zastosowaniem idei zatartej granicy miedzy wnętrzem a światem zewnętrznym , to czy to jest właśnie ta idealna harmonia, do której powinniśmy dążyć? Ta architektura, która narzuca budowli scalenie się z otoczeniem i ten element harmonii, kiedy wnętrze rozciąga się poza swoje bariery wydają się być najbardziej naturalną drogą do zaspokojenia potrzeb estetycznych odbiorcy. 
Mesa Verde
Park Narodowy Mesa Verde (hiszp. zielony stół) ,południowo-zachodnia część stanu Kolorado, osiedla mieszkalne typu pueblo zbudowane w ścianie kanionu przez Indian Anasazi, zbudowane pomiędzy VI a XIV wiekiem naszej ery
Mało jest przykładów gdzie architektura wpisuje się tak idealnie w krajobraz jak to się dzieje w Santa Fe. Co ciekawe nie dzieje się tak tylko w pojedynczym przypadku, ale to jakby całe miasto jest przedłużeniem otoczenia. Ze względu na jego charakterystyczną zabudowę mówi się, że nie ma takiego drugiego w całych Stanach. 
Santa Fe
Santa Fe
Santa Fe
Santa Fe
Ta charakterystyczna zabudowa nie jest jednak zamysłem wybitnego architekta ani przemyślanym konceptem.  To co jednak jest absolutnie przemyślanym przedsięwzięciem to jest jej ochrona. 
To co dzisiaj ludzie potocznie często nazywają stylem Santa Fe wywodzi się z pracy wielu pokoleń i jest efektem  wykorzystywania do wznoszenia domów materiałów pochodzących z najbliższego otoczenia,  a także rodzaju konstrukcji odpowiadającej na warunki klimatyczne.
Podstawowym elementem tego charakterystycznego stylu jest adobe czyli cegła suszona. Zrobiona jest z połączenia gliny, mułu lub iłu z dodatkiem trawy lub słomy. W przeciwieństwie do dobrze nam znanych  tradycyjnych cegieł nie jest wypalana tylko suszona na słońcu. Jej zaletą jest utrzymanie stosunkowo stałej temperatury wewnątrz budynku co sprawdza się szczególnie dobrze w klimacie o dużych dobowych różnicach temperatur.  Aby zabezpieczyć cegłę przed działaniem wody jest ona dodatkowo pokryta tynkiem często pochodzącym z połączenia tych samych materiałów bez użycia słomy czy trawy. 

Santa Fe
Pałac Gubernatora, 1610, adobe, najstarszy obiekt administracji cywilnej na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
Na dzisiejszy, unikatowy architektonicznie wygląd Santa Fe składają się setki lat przenikających się wpływów kultury rdzennych Amerykanów i Hiszpańskich kolonizatorów, wysiłek artystów i architektów, którzy dostrzegli potrzebę jego odrodzenia i zachowania co pozwoliło na ustanowienie unikatowej, regionalnej tożsamości. 
Korzenie tej charakterystycznej zabudowy sięgają na długo przed przybyciem Europejczyków, a zapoczątkowali ją Indianie Pueblo wznosząc swoje domostwa przy użyciu wysuszonej na słońcu cegły oraz wyeksponowanych, drewnianych dźwigarów podtrzymujących sufit.  Kiedy w 1540 roku na południowy zachód Ameryki przybyli Hiszpanie, architekturę jaką zastali na tych terenach postanowili zachować i wzbogacić o własne elementy, jak wewnętrzny dziedziniec, portale, czy ganki. 


Santa Fe
Hote La Fonda, Santa Fe, 1922
Santa Fe
Santa Fe
Styl odrodzenia Pueblo, który dominuje w Santa Fe został rozpowszechniony w latach 1920-1930 i polega na imitacji oryginalnych budynków stylu Pueblo przy użyciu nowoczesnych materiałów.
W 1957 roku uchwalono prawo, które nakazuje aby wszystkie nowo powstałe budowle w centrum miasta były wybudowane w stylu “Starego Santa Fe” który obejmuje styl Pueblo, Hiszpańskie Pueblo, i styl Terytorialny. 
„Nieodzowny”, to słowo, jest wszechobecne w kontekście tego wyjątkowego miasta. Nieodzowny w sensie potrzeby stworzenia unikatowej tożsamości. Nieodzowny w sensie potrzeby zachowania architektury jako nośnika kulturowego. Fenomenalny przykład, kiedy zabytek staje się wymuszonym, obowiązującym stylem i kontynuuje swoje nowe, stare życie.

Santa Fe
Santa Fe
]]>
<![CDATA[Serena Bar w hotelu chelsea]]>Mon, 26 Nov 2018 17:40:58 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/serena-bar-w-hotelu-chelseaPosiadam nieodpartą potrzebę ciągłego inspirowania się. Jestem w wiecznym momencie poszukiwania czegoś co mnie poruszy tak, że da energię do nowego działania; pobudzi wszystkie zmysły aż do etapu, w którym mogę się na chwilę zatrzymać aby powstała nowa idea. 
Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu potrzebujemy inspiracji. Dla każdego oznacza ona zupełnie coś innego i dla każdego ma to inne konsekwencje. Jednym pozwoli rano położyć stopę poza łóżkiem, innych wyniesie w podróż na orbitę okołoziemską. 
Inspiracją może być smuga dymu z jesiennego ogniska rozlana nad brunatną ziemią, śpiące oczy kota, książka przerwana na kilka kartek przed końcem tylko po to żeby trwała wiecznie, film po którym nie można wstać z fotela i zapomina się o popcornie smętnie przyklejonym do warg. Inspiracją mogą być  “Myśliwi na śniegu” Bruegel’a, od których robi się zimno na plecach i czuć lodowate powietrze nawet w upalny dzień. Tak naprawdę nie ważne co nas inspiruje tylko co zrobimy ze stanem inspiracji. Czy będzie tylko ulotną chwilą, momentem euforii puszczonym w niepamięć czy pozostanie na dłużej i pozwoli na rozwinięcie się w nową formę.
Są inspiracje dnia powszedniego, do których uśmiechamy się jak w stanie zakochania ale są też takie, do których tęsknimy zawsze bardzo i kiedy się nam wydarzają to zachodzi w nas zmiana już nieodwracalna, wiemy, że nic już nie będzie tak samo. Coś na zawsze w nas pęka, żeby w tej przestrzeni mogło powstać nowe. Inspiracje są jak milowe kamienie na drodze naszego życia, dzięki którym podejmujemy decyzje i podążamy szlakiem, którego inaczej nigdy byśmy nie odkryli. 
Moją słabością (naprawdę to powiedziałam) są silne kobiety. Przy wszystkich miejscach, które miałam okazje odwiedzić, dziełach wielkiej architektury zapierających dech w piersi, których mogłam doświadczyć, wysłuchaniu Ravela w nowojorskiej filharmonii i przy zawrotach głowy po zobaczeniu wystawy Olafura Eliassona to spotkania z kobietami, które bez wahania sięgają do chmur są moją największą inspiracją. Kiedy poszłam na wywiad z pisarką Joan Didion to przyznaję nie pamiętam z niego nic bo cały czas nie mogłam uspokoić entuzjazmu jaki wywoływała we mnie ta zasuszona niczym Urszula Buendia kobieta siedząca w fotelu , który wydawało się pochłaniał ją całą. Patrzyłam na jej pomarszczoną twarz, nieodłączne kaszmirowe leginsy i myślałam o tym, że można pisać o bólu, cierpieniu i stracie najbliższych sobie ludzi bez cienia egzaltacji i to tak poruszająco, że ciarki przechodzą po plecach.
Wychowałam się w domu, w którym prababcia siedziała podczas świąt na honorowym miejscu i nie wstydzę się przyznać, że ta maleńka kobieta jest moją największą żeńską inspiracją. Babcia która uratowała swoją rodzinę podczas wojny była niezłomna. Kiedy po latach rozdrabniałam na cząsteczki pierwsze wszystkie historie, którymi nakarmiła mnie w dzieciństwie to pomyślałam, że skoro ona uchroniła siebie i dzieci spod karabinów, jeżeli nie złamał jej głód i śmierć ukochanego syna to ja też się nigdy nie poddam. 

Moją drugą wielką inspiracją jest Serena Bass. Było lato 1999 roku i za dwa miesiące miało się spełnić moje największe marzenie i miałam rozpocząć studia na wydziale projektowania wnętrz. Staliśmy w piwnicy kultowego w Nowym Jorku hotelu Chelsea, Serena i jej syn Sam, którzy właśnie wynajęli te przygnębiające lochy, mój mąż który podjął się niemożliwego na pierwszy rzut oka zadania, doprowadzenia piwnicy do stanu przemiany w bar i ja nieopierzony ptaszek,  z czystej ciekawości uczestnicząca w spotkaniu, podczas którego chyba częściej otwierałam buzię ze zdziwienia niż miałabym coś konstruktywnego do dodania. Serena i Sam jedno przez drugie, gestykulując z siłą holenderskich wiatraków, z perfekcyjnie idealnym brytyjskim akcentem przekrzykiwali się opisując jak tu będzie wspaniale i jakie cudowne miejsce tu powstanie, do którego będą tłumnie przybywać modelki i aktorzy, wszyscy piękni i wspaniali. Taki Sex w Wielkim Mieście tylko na żywo. Przyswojenie tych idei przychodziło mi przyznaję z trudem. Dzisiaj moja wyobraźnia przestrzeni to raczej impuls i jestem w stanie dość szybko zwizualizować sobie jak to będzie, wtedy jednak to była zupełnie inna bajka, inne czasy, inna ja. Stałam więc jak zamurowana zadając sobie pytanie co oni do licha plotą? Otaczała nas goła i dość nierówna ziemia pod nogami. Podłoże bardziej wyglądało jak gotowe pod uprawę ziemniaków a gdzie tu mówić o barze z modelkami i aktorami. Ceglane ściany i niski sufit z wiszącymi kablami i rurami. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach, który znałam z dzieciństwa kiedy z dzieciakami z podwórka goniliśmy się po piwnicach. Lekko stęchły i chłodnawy od braku słońca i powietrza. 
Nowy Jork
Serena Bass i Sam Shaffer w Serena Bar hotelu Chelsae, rok 1999, foto Heather Conley
Jakoś trudno było mi się nakręcić tym ich entuzjazmem ale jednocześnie nie byłam w stanie oderwać wzroku od Sereny. Kojarzyła mi się z ognistą kulą energii i życia. Pomyślałam, że gdyby można ją było podłączyć do generatora to oświetliła by sobą całe to dziwne miasto a może i inne miasta też i wszyscy mogliby się zarazić od niej tą niesamowitą energią i ogrzać przy jej blasku. Miała na sobie czarną sukienkę, która wydawała się jeszcze czarniejsza na tle platynowego blondu jej włosów ściętych w stylowy bob z charakterystyczną grzywką do połowy czoła. Usta zawsze pomalowane na czerwono. Jeździła wtedy wielgachnym SUV, Chevroletem , z którego ledwo ją było widać ale i tak wszyscy uciekali przed nią z drogi. Kiedy pierwszy raz znalazłam się w jej mieszkaniu to uczucie, które mną ogarnęło można porównać do tego co mogła czuć Alicja trzymając w ręce ciasteczko z kuszącą ofertą zjedz mnie. Zjadłam, bez chwili namysłu. Alicję, jej lot przez jamę królika doprowadził do magicznego świata, a mnie przejście przez próg jej lokum otworzył na świat designu o jakim nie miałam pojęcia. Stanęłam przed progiem i uchyliły się stare, klasyczne drzwi pomalowane na czarno błyszczącą farbą. Nacisnęłam mosiężną klamkę i odwróciłam się za siebie. Poczułam się wolna od tego co było mi znane i zakodowane, bez żalu zostawiałam za sobą świat, w którym, wersalki skrzypiały sprężynami pod śpiącymi domownikami, rozkładane ławy, przy których zjedzenie obiadu wymagało cyrkowych akrobacji, pokrywanych lakierem matowiejącym od ciepłego kubka z herbatą, meblościanek z Kalwarii i Swarzędza powielanych w co drugim mieszkaniu blokowisk. Zagryzłam ciasteczko jeszcze raz i za czarnymi drzwiami  znalazłam sypialnię pomalowaną w pionowe biało czarne pasy z wielkim łóżkiem i wanną na nóżkach stojącą najspokojniej w rogu pokoju. Byłam w żywiole, w swoim świecie. Wiedziałam, że nic już nie będzie tak samo.
Nowy Jork
Serena Bass mieszkanie, Brooklyn NY, foto Patric Mcmullan
Nowy Jork
Serena Bass mieszkanie, Brooklyn NY, foto Serena Bass
Serena Bass jak sama o sobie mówi jest szefem kuchni, pisarką i miłośniczką kotów i nie projektantem. W rzeczywistości stoi na czele imperium cateringowego na liście którego znajdują się tacy klienci jak Sarah Jessica Parker, Calvin Klein, Hilary Clinton, Vogue, Al Gore, Vanity Fair, Bergdorf Goodman, Saks 5th Avenue i wiele innych znakomitości. Jej specjalnością nie jest tylko dowiezienie znakomitego jedzenia. Nad każdym przyjęciem pracuje sztab ludzi dbający o każdy najmniejszy szczegół począwszy od równo ułożonych serwetek poprzez oświetlenie i kwiaty a skończywszy na stworzeniu dekoracji, dzięki której nawet najbardziej nijakie miejsce może stać się nawet indyjskim pałacem.  Serena jest też szefem kuchni w restauracji Lido na Harlemie, autorką książki, w której przepisy kulinarne przewijają się z anegdotami z życia osobistego. Kiedy w 1999 roku Stanley Bard właściciel hotelu Chelsea zaproponował jej możliwość lepszego wykorzystania trzech sal piwnic hotelu niż ziejący pustką loch zgodziła się od razu i wynajęła miejsce, w którym przez następne kilka miesięcy budowaliśmy bar.  
Nowy Jork
Hotel Chelsea foto Harris Graber
Hotel Chelsea to nie jest jakiś tam hotel, których setki roją się na Manhattanie. To hotel legenda, ikona stworzona dzięki sławie swoich mieszkańców. Wybudowany w 1883 roku z przeznaczeniem na budynek mieszkalny, dominuje nad 23 ulicą mniej swoim rozmiarem a bardziej charakterystyczną różową, wiktoriańską fasadą i koronkowymi balkonami. Budynek zmienił swoje przeznaczenie i stał się hotelem w 1905 roku. Od tamtego czasu w jego pokojach i apartamentach gośćmi byli między innymi Mark Twain, Sarah Bernhardt, O.Henry, Arthur Miller, Allen Ginsberg , Stanley Kubrick, Milos Forman, Jane Fonda, Patti Smith, Jim Morrison, właściwie ta lista nie ma końca. To tutaj Arthur Clarke napisał Odyseję Kosmiczna 2001. Uważa się, że w pokoju numer 100 Sid Vicious ugodził śmiertelnie swoją dziewczynę Nancy Spungen. Janis Joplin i Leonard Cohen przeżyli tutaj swój romans w roku 1968, którego efektem były dwie piosenki Cohena “Chelsea Hotel” i “ Chelsea Hotel #2”.  W 1966 roku Andy Warhol i Paul Morrissey wyreżyserowali w nim Chelsea Girls, film o stałych bywalcach studia Warhola i ich życiu w hotelu. 
Obraz
Lobby hotelu Chelsea, foto Vanity Fair
Pod ciężarem tej legendy, na samym dole, w suterenie, Serena miała stworzyć nowe lokum dla jej znakomitych gości. Kiedy mówiła, że nie jest projektantem nie kłamała. Nie posiada ani żadnego profesjonalnego przygotowania ani nigdy nie było to jej powołaniem. Posiada jednak coś więcej, naturalny dar do tworzenia miejsc, w których chce się przebywać, w których chce się pozostać na dłużej. Sama przyznaje, że działa instynktownie i wszystko co robi jest po części sprawą przypadku a po części wypływa z niej samej ale to jest właśnie to czego nie da nam ani żadna szkoła ani tysiące godzin pracy, bo to jest talent. Jestem daleka od wygłaszania tutaj teorii, że od jutra każdy kto posiada talent do projektowania i poczucie estetyki powinien rzucić wszystko i zająć się wnętrzami. Jestem również zwolennikiem profesjonalnego przygotowania do zawodu, nie mniej jednak myślę, że często nasze profesjonalne przygotowanie do pewnego stopnia nas ogranicza. Zaczynamy zapominać o instynkcie i wyobraźni, sabotujemy naszą kreatywność i ograniczamy ją zasadami typu - tak się nie robi, a tak nie powinno być. Myślę, że szczególnie w miejscach przestrzeni publicznej pozwolenie sobie na oddech wolnego umysłu i zdanie się choć w małym procencie na przypadek może mieć pozytywny skutek. Na pewno rzadziej niż częściej możemy sobie pozwolić aby naszym szkicem kierowała ręka przypadku, w ogromnej mierze jest to luksus nie być obligowanym budżetem czy klientem i móc stworzyć coś własnego, wypływającego tylko z kierowania się impulsem. 
Nowy Jork
Serena Bar , 1999, Nowy Jork
Po dziewięciu miesiącach pracy z lochu i ziemnego ugoru nie pozostało nic. Staliśmy w tym samy miejscu co prawie rok wcześniej i otaczały nas ściany w kolorze chińskiej czerwieni stojące na cementowej podłodze. Panował klimat kolonialny zaakcentowany przez marokańskie lampiony i niezwykłe drzewa palmowe zrobione z aluminium. Panował półmrok ale dominujące na ścianach lustra odbijały światło sączące się przez  koronkę lampionów. Prawie całą środkową salę okupywał heksagonalny bar zbudowany z drewna pomalowanego na ciemny brąz. Wnętrze było olśniewające, egzotyczne, składające się z elementów, które nie miały prawa zaistnieć razem a jednocześnie absolutnie spójne. Na koniec mistrz Feng Shui “pobłogosławił” klub stwierdzając też, że wszytko działa według zasad wschodniej filozofii i można było czekać na pierwszych gości.
Ich świetność dorównywała tym z górnych pokoi. Stałym bywalcem stał się mieszkający w hotelu Ethan Hawke. Przyjęcia urządzali tam Stella McCartney i Oprah Winfrey. Swoją obecnością wieczory i noce uświetniali Madonna, Sean Penn, Lou Reed, Gwen Stefani, Shannen Doherty, Heather Locklear i Johnny Lydon.
Serena wspomina jak jednego wieczoru Robert Smith z The Cure zasnął na sofie po czym jakąś godzinę później pojawił się Salman Rushdie, a niedługo po nim przez drzwi przeszła Monica Lewinsky. Niestety bar tak jak powstał w ogromnym szumie, chaosie i entuzjazmie tak dość szybko jego płomień zgasł i czas się wypalił. Serena sprzedała lokum w 2004 roku. Pomimo gigantycznej przemiany wnętrza jakiej dokonał nowy właściciel, tym razem też nie wytrzymał próby czasu i musiał  zamykać interes. Dzisiaj miejsce zieje pustkami. Taki jest Nowy Jork, zmienny jak jego migające światła. Bucha płomieniem podsycanym energią łatwopalnej substancji po czym gaśnie niespodziewanie, bez zapowiedzi.

Nowy Jork
Serena Bar, foto Mike Rogers
Miałam okazje pracować jeszcze później dla Sereny i byłam częścią jej zespołu tworzącego dekoracje do przyjęć. Jedna z najbardziej żywiołowych prac jakie miałam przyjemność wykonywać. Budowanie dekoracji kojarzyło mi się z usypywaniem mandali z piasku. Pracowaliśmy czasami kilka dni mozolnie układając, upinając, skacząc od drabiny do drabiny żeby po paru godzinach wszystko zebrać do pudeł i kosza. Jednak warto było, bo na tę chociaż krótką chwilę kiedy gasły światła a dookoła zapalone były tylko świece wszystko wyglądało jak magia.
Pamiętam jak raz przygotowywaliśmy przyjęcie na tarasie kilku poziomowego apartamentu Davida Copperfielda. Zabrałam lunch i zjechałam windą do wielkiego pomieszczenia z wszystkimi oknami zasłoniętymi ciężkimi, czarnymi kotarami. Usiadłam na podłodze z moją dość kiepską kanapką pomiędzy kolekcją pamiątek związanych z magią, zbieranych przez właściciela mieszkania. Spoglądały na mnie bibeloty Houdiniego a ja poczułam się jak wtedy kiedy pierwszy raz stanęłam na progu mieszkania Sereny; zagryzłam chleb z kurczakiem i pomyślała: właściwie to wszystko jest możliwe.

]]>
<![CDATA[z podróży do stolicy północy]]>Mon, 19 Nov 2018 16:52:47 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/z-podrozy-do-stolicy-polnocyZawsze myślałam o Nowym Jorku jak o mieście zawieszonym w chmurach. Zbyt długie zwiedzanie miasta można przypłacić koniecznością noszenia później kołnierza ortopedycznego, bo raczej większość czasu spędzimy z głową zadartą do góry. Tego samego na pewno nie można powiedzieć o Rejkiawiku. Powiedzieć o zabudowie stolicy Islandii niska byłoby niedomówieniem. Uknułam sobie słowo, które dla mnie oddaje idealnie charakter architektoniczny miasta: “domkowate”. Ciasno przylegające do siebie domy najczęściej pokryte są blachą falistą i każdy pomalowany jest na inny, zdecydowany kolor.
Blacha falista jest odpowiedzią na brak drewna jako materiału budulcowego, a odważna i unikatowa kolorystyka rekompensuje brak bogatej roślinności i pomaga przetrwać zimowe dni kiedy światło dzienne dociera do Rejkiawiku na zaledwie skromne cztery godziny.
Islandia
Rejkiawik widok z wieży widokowej kościoła Hallgrimskirkja
Islandia
Rejkiawik
Na tle parterowej zabudowy dwa olbrzymy zaznaczają wyraźnie swoją obecność: hala koncertowa i centrum konferencyjne Harpa oraz najwyższy w mieście i drugi co do wysokości na wyspie obiekt, wieża kościoła Hallgrimskirkja. Nie mam złudzeń, że ktoś zapamięta nazwę i współczuję, jeżeli ktokolwiek czyta to na głos. 
Islandia
Kościół Hallgrimskirkja główne wejście
Islandia
Harpa
Dwie budowle, pomimo że obie nowoczesne to jednak odbiegające od siebie wyglądem znacząco, o zupełnie innym przeznaczeniu i charakterze, które dzieli 25 lat różnicy, a których elewacje inspirowane były tym samym elementem skały bazaltowej dominującej w naturalnym środowisku Islandii. 
Islandia
Skała Bazaltowa
Jeżeli w przypadku kościoła Hallgrimskirkja jego architekt Guðjón Samúelsson (nie do przeczytania) sięgnął po bardziej dosłowną formę tej inspiracji, tak w przypadku Harpy twórca jej elewacji, wybitny artysta pochodzenia islandzkiego Olafur Eliasson potraktował ją w sposób abstrakcyjny.
Hallgrimskirkja jest kościołem luterańskim nazwanym na cześć Islandzkiego poety i duchownego Hallgrímura Péturssona. Jego strzelisty kształt widoczny jest z każdego punktu w mieście a wysokością 74.5 metrów dominuje nad panoramą Rejkiawiku. Jego projekt powstał już w 1937 roku ale budowa rozpoczęła się dopiero po zakończeniu II Wojny światowej i trwała 41 lat. Islandia nie posiada zbyt wielu zabytków czy dzieł architektonicznych i większość turystów wybiera ten kierunek z nastawieniem na doznania krajobrazowe, nie dziwi więc fakt, że Hallgrimskirkja cieszy się ogromną popularnością wśród odwiedzających miasto. Myślę jednak, że większość zwiedzających nie wybiera go ze względu na surowe wnętrze ale ze względu na taras widokowy znajdujący się na szczycie wieży. Okna umieszczone są z każdej strony tak, że mamy wrażenie bycia na dachu miasta.
Islandia
Kościół Hallgrimskirkja widok od tyłu
Islandia
Wnętrze kościoła Hallgrimskirkja
Harpa po Islandzku znaczy harfa co biorąc pod uwagę główne przeznaczenie gmachu mieszczącego cztery sale koncertowe wydaje się jak najbardziej odpowiednie; ale harpa to również islandzka nazwa określająca pierwszy miesiąc wiosny. To bardzo ważny czas dla Islandczyków, przynoszący po długiej i ciemnej zimie “jaśniejsze dni”.  Budynek położony jest na krawędzi lądu i oceanu. Z jednej strony otwiera się na dynamizm miasta a z drugiej otacza go woda. Harpa powstała we współpracy duńskiego architekta Henninga Larsena z artystą Olafurem Eliassonem i przy konsultacji z lokalnym studiem architektonicznym Batteríið. 
Eliasson absolutnie unikatowy artysta, który chyba największy rozgłos zyskał sobie instalacją wodospadów na East River w Nowym Jorku, jest twórcą konceptu południowej fasady Harpy. Do jej powstania użyto szklanych brył, których zadaniem jest odbijanie wszystkich kolorów otoczenia.
W nocy fasadę zalewa blaskiem wbudowane w każdą szklaną bryłę oświetlenie ledowe.
Główna idea jaka przyświecała artyście to odwrócenie istoty budynku jako formy statycznej i wykorzystanie gry światła jako odpowiedzi na ciągle zmieniającą się dynamicznie scenerię.
Jest to budynek właściwie nie do ogarnięcia ani na pierwszy rzut oka ani przy bliższym zwiedzaniu. Z każdej strony wygląda zupełnie inaczej. Jeżeli można by go pomniejszyć do mikroskopijnych rozmiarów to równie dobrze mógłby perfekcyjnie zastąpić oczko pierścionka.
Największe audytorium Harpy mieszczące 1800 gości nosi nazwę Eldborg pochodzącą od wulkanicznego krateru, oznaczającą Ognistą Górę. Jego wnętrze zostało zaprojektowane w dominującym kolorze krwistej czerwieni. Ściany audytorium zostały zbudowane z cementu i wykończone dębowym fornirem lakierowanym na czerwono.

W 2013 roku projekt został uhonorowany najbardziej prestiżowym wśród europejskich wyróżnień, nagrodą Mies van der Rohe.
Wiel Arets, przewodniczący jury podczas wręczania nagrody powiedział: "Harpa uchwyciła ducha narodu Islandii, który przez cały czas trwania Wielkiej Recesji działał świadomie na rzecz powstania tego wielokulturowego projektu. Wspaniałe, przenikające niekończącą się grą kolorowych świateł szklane bryły wyrażają dialog miasta Rejkiawik z wewnętrznym życiem obiektu.
Interdyscyplinarna współpraca architekta Henningime Larsena i artysty Olafura Eliassona nadała tożsamość społeczności  dotąd znanej ze swoich legend a projekt stał się ważnym przesłaniem dla świata i spełnieniem długo oczekiwanego marzenia narodu islandzkiego.”

]]>
<![CDATA[ogród jako oaza zurbanizowanych miast]]>Mon, 12 Nov 2018 17:07:59 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/ogrod-jako-oaza-zurbanizowanych-miastNowy Jork
Kiedy byłam jak by to powiedzieć bez konieczności zdradzania wieku młodsza, moi rodzice byli w posiadaniu działki. Nie budowlanej co jest dzisiaj pierwszym, naturalnym skojarzeniem dla młodego pokolenia ale takiej uprawnej, z altanką i grządkami. Właściwie teraz z perspektywy czasu mogę śmiało przyznać, że jeżeli można powiedzieć o Mercedesie wśród działek to nasza na pewno zasługiwała na to miano. Urocza drewniana altanka, równiutkie grządki obsadzone wszelkimi dobrami natury, dominujące pomidory, bez których nie ma życia, przynajmniej dla mnie, drzewa owocowe, krzewy agrestu, malin i porzeczek, winogrono, z którego powstawało wino zwalające z nóg po jednym kieliszku, nie wspominając o idealnie zaprojektowanym kompostniku i tysiącu kwiatów, z których moja mama wyczarowywała bajeczne bukiety. Organiczny raj, którego w tamtych czasach za diabła nie byłam w stanie docenić, a wręcz przeciwnie kiedy słyszałam: "chodź pomożesz plewić"  dostawałam nagłego odrętwienia na samą myśl o siedzeniu między grządkami w pełnym słońcu i wygrzebywaniu trawska spomiędzy maleńkich marchewek. Działka i uprawianie na niej jakichkolwiek roślin wydawały mi się równie obciachowe co picie mleka prosto od krowy. Od tamtego czasu, no jednak zdradzę minęło pewnie jakieś ze trzydzieści lat i po okresie zachwytu nad mlekiem w woreczku, tym w plastikowej butelce i tym z kartonu wróciłam do punktu wyjścia i łapię się na tym, że wstaję wcześnie żeby kupić na targu żywność z metką bio płacąc za nią ileś tam razy więcej, że jajka przywożę ze wsi od pani która sama hoduje kury, że jak sąsiad pan Zbyszek przyniesie kosze jedzenia prosto z ogrodu to jestem szczęśliwa jak dziecko, że posadziłam zioła na balkonie, pomimo, że nie mam ręki do upraw i udają się tak sobie. Jeszcze tylko krowy nie doję sama. Fascynuje mnie droga jaką przeszliśmy w naszym myśleniu żeby na końcu znaleźć się w tym samym miejsc,u w którym już raz byliśmy. Szkoda jednak, że trzeba było tylu lat żeby zrozumieć, że uprawa własnej rukoli na grządce może być "cool".

Nowy Jork
Często przechodząc obok ogródków działkowych pojawia mi się obraz zapamiętany z dzieciństwa, do którego mam sentyment, działkowiczek w bikini spalonych słońcem i w nieodzownym słomkowym kapeluszu z wielkim rondem, pochylonych nad koprem włoskim. Lubię tą senną atmosferę brzęczących owadów i dźwięków różnych audycji radiowych dobiegających z małych domków. Lubię podpatrywać co ludzie sadzą na grządkach i pomimo, że sporo właścicieli zamieniło dawne uprawy na formę bardziej rekreacyjną, tylko z trawą i tujami, to ciągle, jest to własna oaza zieleni wśród chaosu i zgiełku miasta. 
Światowe metropolie, każda na swój sposób, radzą sobie z brakiem terenów zielonych,  oczywiście parki miejskie są tu najczęstszą odpowiedzią na ten problem  ale cieszy to, że na parkach nie poprzestają.
Latem 2016 roku w Paryżu uchwalono nowe prawo zachęcające mieszkańców do zakładania i uprawiania własnych ogrodów miejskich. Do roku 2020 władze Paryża przewidują powiększenie terenów zielonych o 100 hektarów z czego 1/3 przewidziana jest pod uprawę warzyw i owoców. Nie jest już dla nikogo tajemnicą, że najczęściej wykorzystywanymi pod uprawy w Paryżu terenami są dachy budynków. Wykorzystywane są dachy nie tylko przestrzeni publicznej ale też bloki mieszkalne, kamienice, apartamentowce. Pozostając na tej drodze Paryż ma szanse stać się najbardziej przyjaznym dla ogrodów miastem świata.

Poza naturalnymi korzyściami płynącymi z tak sformułowanego prawa jak oczywiście dbanie o  środowisko, umożliwienie mieszkańcom częstsze przebywania pośród zieleni, uprawa własnego jedzenia i naturalna izolacja dachów to ideologia niosąca ze sobą jeszcze jedno bardzo istotne przesłanie a mianowicie zacieśnianie więzi lokalnych. Jeżeli w restauracjach powstają stoły wspólnotowe to tym bardziej uprawianie wspólnego ogrodu i dzielenie się jego plonami przez mieszkańców jednej kamienicy może być podstawową do budowania lepszych relacji sąsiedzkich.  Przestajemy być sobie obcy i przy spotkaniu w windzie nie musimy już nerwowo liczyć kolejnych pięter.
Nowy Jork poza swoimi wyjątkowymi parkami i ogrodami z czego najsłynniejszy Central Park powstały w 1857 roku zajmuje 3,41 km2 powierzchni Manhattanu, postawił również na ogrody wspólnotowe (community garden).
Nowy Jork
Historia ogrodów wspólnotowych sięga roku 1970 i jest związana z ekonomicznym kryzysem, który postawił miasto na krawędzi bankructwa i  z około 400,000 arów opuszczonych i niezagospodarowanych gruntów. Dziury pustych parceli odstraszały zaniedbanym wyglądem gromadzących się śmieci. W 1973 roku mieszkanka części Manhattanu znanej jako Lower East Side, niejaka Liz Christine postanowiła walczyć z nieużytkami. Założyła grupę Green Guerillas (ang. Zieloni Partyzanci), której celem było  zazielenienie opuszczonych gruntów. Ich praca była o tyle utrudniona, że często działki były niedostępne. Wrzucali więc na ślepo nasiona, nawóz i wodę licząc, że przynajmniej część z nich zakiełkuje i przeobrazi niezabudowane parcele. 
Szczególną uwagę Liz przykuła opuszczona działka na rogu ulic Bowery i Houston. To właśnie tutaj orędowniczka zieleni wraz ze swoimi Green Guerillas utworzyła pierwszy w Nowym Jorku ogród wspólnotowy.


​Ochotnicy oczyścili teren ze śmieci, nawieźli ziemię, posadzili drzewa, zaplanowali uprawę warzyw i ogrodzili nowo powstały ogród. W 1974 roku miasto uszanowało starania jego mieszkańców i wydzierżawiło ogród wspólnocie za symboliczną kwotę jednego dolara miesięcznie. Ten pierwszy ogród wspólnotowy nazwany od imienia i nazwiska jego założycielki Liz Christine można odwiedzać po dzień dzisiejszy. Stał się również inspiracją dla kolejnych prawie sześciuset przeobrażeń bo około tylu ogrodów wspólnotowych znajduje się dzisiaj w mieście. Nazywany często, moim zdaniem niezasłużenie betonową dżunglą, Nowy Jork ma największą w całych Stanach sieć ogrodów wspólnotowych a miejskie farmy przeznaczone pod uprawę warzyw i owoców nie są już niczym niezwykłym.
Nowy Jork
Myślę, że idea ogrodów wspólnotowych oparta na czystym wolontariacie buduje silne podstawy dzielnic a te wzmacniają całe miasto. Szczególnie w mieście takim jak Nowy Jork gdzie każdy jest skądś, możliwość wspólnego tworzenia czegoś tak niezwykłego czym jest ogród pozwala na łatwiejszą adaptację i nawiązanie kontaktów. Ogrody te służą nie tylko jako naturalne schronienie przed zgiełkiem miasta, w którym szukamy i znajdujemy wytchnienie ale również miejsce w którym można zorganizować ważną dla nas uroczystość. 
Moja bliska znajoma Janene jest w zarządzie jednego z wyjątkowych ogrodów o tajemniczej nazwie 6BC mieszczącego się przy Szóstej Ulicy pomiędzy Alejami A i B. Janene, która pochodzi z bogatej w roślinność Nowej Zelandii, mówiąc o  "swoim ogrodzi" używa dokładnie tego samego zwrotu, którego i ja jak i pewnie wszyscy, dla których naturalna przyroda ma tak wielkie znaczenie, a mianowicie: oaza. 

Nowy Jork
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie było wspanialszej oazy na zjedzenie lunchu niż ogród mieszczący się dosłownie za rogiem od mojego ostatniego miejsca pracy w Nowym Jorku. West Side Community Garden zamienia się każdej wiosny w miejsce magiczne kiedy zaczyna kwitnąć 13000 tulipanów posadzonych w listopadzie przez ochotników. Móc usiąść pośród tych wszystkich kwiatów w ciepłym wiosennym słońcu kiedy w pracy spędzamy po 10 godzin dziennie a wokół nas zgiełk miasta, uważam za jeden z największych dobrodziejstw i nie zawaham się nazwać tego momentu przywilejem.
Czy to ogródek działkowy, czy farma na dachu czy ogród wspólnotowy, jest naszym obowiązkiem wobec tej planety, którą nazywamy domem i wobec nas samych aby było ich jak najwięcej. Musimy zadbać o to żeby nasze dzieci wiedziały, że marchew nie pochodzi z półki supermarketu.
Dzielę się tymi spostrzeżeniami bo wierzę, że zawód projektanta wnętrz, który z dumą wykonuję nie ogranicza się do wyboru koloru farby i tkaniny na sofę. Myślę, że polega przede wszystkim na tworzeniu lepszej przestrzeni życiowej . Czy tworzenie zielonych przestrzeni nie jest jedną z form tego ulepszania?

Nie przychodzą mi na koniec lepsze słowa niż te, które napisała do mnie Janene dzieląc się swoimi doświadczeniami z ukochanego  ogrodu, więc pozwolę sobie ją tylko zacytować:
" Ogrody wspólnotowe są wybawieniem dla nas mieszkających w ciasnych, manhattanskich kawalerkach bez dostępu do balkonu czy jakiejkolwiek przestrzeni na zewnątrz. 
Dostarczają jakże cennej, zielonej przestrzeni, dzięki której życie w mieście staje się dużo łatwiejsze do zniesienia."


**********Ten wpis nie byłby możliwy bez współpracy z wyjątkową osobą jaką jest Janene Knox która była nie tylko wyjątkową inspiracja ale zgodziła się również udostępnić zdjęcia 6BC ogrodu pochodzące z jej własnej kolekcji*******
**********Wszystkie zdjęcia są zrobione przez Janene Knox i przedstawiają ogród 6BC***************

]]>
<![CDATA[nowe życie starych budowli]]>Mon, 05 Nov 2018 16:20:15 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/nowe-zycie-starych-budowliNowy JorkPennsylvania Station, rok 1910, widok od strony północnego wschodu, foto: Detroit Publishing Company
Nowojorska Pennsylvania Station to jeden z najbardziej dynamicznych węzłów komunikacyjnych zachodniej półkuli. Każdego dnia obsługuje około 350 000 pasażerów próbujących zdążyć czy to na pociąg odjeżdżający poza granice miasta czy lokalne metro.
Nie jestem zwolennikiem powiedzenia “dałabym sobie rękę uciąć” bo ręce są mi jednak dość potrzebne a żyjemy w czasach, w których o pomyłkę nietrudno ale byłabym skłonna się założyć, że z tych 350 tysięcy, nieważne czy kupujących bilet, czy siedzących już w pociągu czy tych wiszących na poręczy z książką w metrze rzadko kto wie czy też zastanawia się, że Penn Station jak nazywany jest dworzec w skrócie nie zawsze tak wyglądał. 
Kiedy w 1963 roku zapadła decyzja o zburzeniu głównego budynku stacji już wtedy ten akt bezsprzecznego wandalizmu wzbudził wiele kontrowersji. Uważa się, że ta gigantyczna rozbiórka zapoczątkowała narodziny organizacji chroniącej zabytki w Nowym Jorku, dzięki działalności której ocalał miedzy innymi słynny dworzec Grand Central. 
Oryginalny Penn Station został zaprojektowany dzięki współpracy trzech architektów: McKim’a, Mead’a i White’a a prace nad nim ukończono w 1910 roku. Dworzec wraz z halą peronową uznany został za jedno z największych osiągnięć ówczesnej architektury Nowego Jorku oraz arcydzieło stylu Beaux-Arts. 

Nowy JorkMadison Square Garden, foto: Iwan Baan
Kiedy w 1950 roku spadło zapotrzebowanie na transport kolejowy utrzymanie tak potężnego budynku jakim był ówczesny dworzec przestało być rentowne i zapadła decyzja o jego rozbiórce. 
Biorąc pod uwagę, że jego miejsce zajęła dzisiejsza hala widowiskowa Madison Square Garden to z pewnością znajdą się tacy, którzy wykrzykną hip hip hura. Madison Square Garden pomimo, że świetnie przemyślana w sensie praktycznym to jednak nie jest wyczynem na skalę światowej architektury. Zyskała sobie jednak miano “serca miasta” kiedy w grę wchodzą wszelkiego rodzaju imprezy sportowe, kulturalne czy koncerty muzyczne. Swoją sławę i bezsprzeczny status zawdzięcza więc bardziej funkcji i przeznaczeniu. Ciężko polemizować z takimi argumentami ale nie mogę się jednak przemóc żeby nie zamieszać i nie postawić pytania: czy mamy prawo do burzenia dzieł architektury, które zyskują miano światowych zamiast wykorzystania ich w innym celu?
Nie jest moim zamiarem skupianie się na aspektach historycznych całego przedsięwzięcia czy też na walorach estetycznych. Tak naprawdę interesuje mnie ten jeden aspekt: był Penn Station i go nie ma a w każdym razie nie istnieje już ta część nadziemna, wspaniała ikona architektury . Interesuje mnie również w odniesieniu do innym przykładów, w których działalność ludzka odmieniła bieg wydarzeń i od rozbiórki uchroniono chociażby takie “pamiątki” przeszłości jak linia kolejowa High Line zamieniona na park. 

Nowy JorkPennsylvania Station, Hala Dworcowa, foto: United States Library of Congress's Prints and Photographs division
Pomimo że dzisiaj potrafimy dostrzec wyraźniej walory ocalania i rewitalizacji to jednak ciągle te zabiegi okupione są walką o świadomość i wymagają ogromnej siły perswazji. Jest to praca u podstaw, która nie przychodzi łatwo i wiąże się z głęboką edukacją i wrażliwością. Zdrowy rozsądek podpowiada branie pod uwagę argumenty związane z walorami ekonomicznymi chociaż w tym temacie też chciałaby zamieszać, bo czy ekonomia powinna zawsze odgrywać czołową rolę? Szczególnie jeżeli chodzi o utracenie części przeszłości, to czy ma pozycję argumentu koronnego? A co jeżeli ta przeszłość wiąże się z naszym poczuciem przynależności? Z świadomością kim jesteśmy i skąd pochodzimy?
Żyjemy w świecie który już nie idzie naprzód tylko pędzi z szybkością światła, telefon kupiony dzisiaj staje się przeżytkiem jutro. Dzieci przychodzą na świat z umiejętnością obsługi tabletu. Pytanie, które powstaje, to nie czy podążamy wystarczająco szybko tylko dokąd my tak pędzimy i co zostawiamy po sobie? Tu zataczamy koło i pytamy, burzyć czy ratować?

Nowy Jork
Pennsylvania Station, rok 1911, Główna poczekalnia, foto: Detroit Publishing Company
Nowy JorkThe High Line, foto Iwan Baan
Projekt zagospodarowania linii kolejowej High Line i utworzenia w jej miejsce parku zawieszonego prawie 10 metrów nad ulicami Manhattanu to jeden z tych, do których czuję wyjątkową słabość. Pomimo, że park okupowany jest tak tłumnie przez turystów i miejscowych, że trudno w nim tak naprawdę odpocząć to sama idea, projekt, wykonanie i przeznaczenie ciągle zachwycają. W dużej mierze mój zachwyt na pewno wiąże się z ciągłą wewnętrzną potrzebą łączenia wyjątkowej architektury z naturą i przekonaniem, że podstawą urbanizacji dzisiejszych miast są miejsca, w których można się “schronić” i do których można “uciec”.

Nowy JorkWidok na High Line w kierunku północnym, okolice 19th Ulicy, foto: autor nieznany
Oryginalna linia kolejowa przebiegała ulicami Zachodniego Manhattanu a dokładniej Dziesiątą i Jedenastą Aleją od dnia jej ukończenia w 1847 roku. Jej głównym zadaniem był transport węgla i żywności, okazało się jednak, że wraz z ekspedycją dóbr pochłania ona ogromne ofiary w ludziach. Przez ilość śmiertelnych wypadków które zdarzały się każdego dnia na torach, Dziesiąta Aleja zyskała miano “Alei śmierci”. Debata mająca na celu zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom miasta rozpoczęła się już w roku 1900, a w 1927 zatwierdzono projekt budowy kolei wzniesionej ponad ulicami. Ostatni pociąg przejechał po torach na wysokości około roku 1980. W tamtym czasie nikt raczej nie zakładał, że budowlę mógłby czekać inny los niż rozbiórka. Wydawała się bezużyteczna. Zaniedbana, metalowa konstrukcja bardziej straszyła niż napawała optymizmem. Szyny porastały gęstą roślinnością a wysokie trawy można było dostrzec obserwując kolej z wyższych punktów miasta.

Nowy Jork
High Line patrząc w kierunku wschodnim, okolice 30th Ulicy, Maj 2001 rok, foto: Joel Sternfeld
Jednak los okazał się dla niej łaskawy i przewidział dla niej zupełnie inną przyszłość. W 1999 roku zawiązała się organizacja nonprofit “Friends of the High Line” , która wzięła sobie za cel wzbudzenie świadomości wśród mieszkańców miasta o potrzebie rewitalizacji niszczejącej budowli.
Nowy Jork
foto: Timothy Schenck
Nie sposób mówić o High Line nie wspominając o inspiracji jaką dla powstałej organizacji była podobna adaptacja a mianowicie utworzona w 1993 roku Promenade Plantee w Paryżu. Promenade Plantee jest parkiem o długości prawie pięciu kilometrów, który powstał w miejsce opuszczonej infrastruktury kolejowej podobnie jak w Nowym Jorku wzniesionej ponad ulicami miasta.
Blog
Promenade Plantee, Paryż, foto: Alamy
ObrazHigh Line, 17th Ulica i 10th Aleja, foto: Iwan Baan
Wygrana konkursu na projekt parku High Line przypadła w udziale zespołowi, w skład którego weszli architekt krajobrazu James Corner, studio architektoniczne Diller Scofidio + Renfro oraz projektant ogrodów Piet Oudolf. 
​Industrialna konstrukcja i przyroda, która zawładnęła budowlą na długie lata porastając całość jak w apokaliptycznym filmie "Ziemia po ludziach", były inspiracją dla twórców tego magicznego miejsca. High Line sprawia wrażenie uporządkowanego nieładu. Częściowo zachowane szyny jak i roślinność która już się tam świetnie przyjęła przypominają o dzikości miejsca, jednocześnie wprowadzenie takich materiałów jak drewno czy cement podkreślają więź z nowoczesnym charakterem miasta.
Park wpisał się tak mocno w dzielnicę Chelsea, w której się znajduje, że trudno przywołać w pamięci moment kiedy go tam nie było.
High Line powstawał w częściach i od momentu zawiązania się organizacji Friends of the High Line aż do chwili otwarcia jego pierwszego odcinka na odcinku między Gansevoort  a 20tą Ulicą minęło 10 lat. Kolejno w latach 2011 i 2014 otwarto dwa pozostałe fragmenty, tak, że na chwilę obecną park sięga 34ej Ulicy i ma długość ponad dwóch kilometrów. Ukończenie prac nad ostatnim odcinkiem jest przewidziane na wiosnę 2019 roku. Fascynującą częścią tego zamysłu jest fakt, że ramiona High Line nie sięgają tylko dziesięciu metrów ponad głowami przechodniów. Sukces tego projektu sprowokował powstanie całej sieci podobnych zamierzeń, które czekają na swoją realizacje. High Line zainspirował grupę ludzi, która ma pomóc w powstaniu kolejnych, podobnych adaptacji w całych Stanach Zjednoczonych. Na chwilę obecną grupa ta pracuje nad osiemnastoma podobnym projektami.

Nowy Jork
foto: Rick Darke
Nowy Jork
foto: Timothy Schenck
Swoją własną batalię o zachowanie zabytku stoczyli mieszkańcy miasteczek Poughkeepsie i Highland w stanie Nowy Jork, którzy zawalczyli o most kolejowy łączący oba te miasta po dwóch stronach rzeki Hudson. Zniszczony w pożarze most został zamknięty w 1974 roku. Dzięki ich staraniom w roku 2009 udostępniono go ponownie do użytku publicznego tym razem z przeznaczeniem spacerowym tworząc w dosłownym tłumaczeniu “Chodnik nad rzeką Hudson”.
Nowy Jork
foto: walkway.org
Okazuje się, że idea rewitalizacji linii kolejowej High Line jest zaraźliwa również poza granicami Ameryki Północnej.
Szwedzkie studio architektoniczne Urban Nouveau przedstawiło nie tak dawno pomysł ratowania sztokholmskiego mostu Gamla Lidingöbron. Pochodzący z 1920 roku most łączący Sztokholm z wyspą Lidingo służy do transportu kolejowego i pieszego. Na rok 2019 przewidziano budowę nowego mostu a stary ma zostać zdemontowany w roku 2022.
Urban Nouveau proponuje zachowanie oryginalnej budowli i zaadoptowanie jej częściowo na mieszkania w dolnej konstrukcji mostu i utworzenie parku w górnej podobnie jak to zostało zrobione z High Line.
Inspirujący zdaje się być argument jakiego używają architekci aby przekonać władze do swojego projektu: według nich stary most posiada pamięć zbiorową, która nie powinna zostać wymazana. Ich plan zmiany przeznaczenia konstrukcji ma na celu tchnięcie nowego życia w budowlę i uczynienia z niej symbolu Sztokholmu.
blog
Most Gamla Lidingöbron, foto: Urban Nouveau
To chyba najlepsza kwintesencja jaka rodzi się z tego doświadczenia: zmiana przeznaczenia do tej pory bezużytecznej konstrukcji nadaje nie tylko jej nowe życie. To nowe życie dla dzielnicy i miasta. Dla nas samych. To system misternie połączonych naczyń, których czy tego chcemy czy nie jesteśmy nierozerwalną częścią.

]]>
<![CDATA[szukając inspiracji przy projektowaniu wnętrz]]>Mon, 29 Oct 2018 14:32:24 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/szukajac-inspiracji-przy-projektowaniu-wnetrzNowy JorkFoto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
Kiedy myślę o projektowaniu wnętrz, o filozofii która zawsze mi przyświecała kiedy stawałam przed każdym nowym wyzwaniem, to nasuwają mi się dwa ulubione słowa: inspiracja i otwartość. Słowa "ładne" i "miłe" natomiast powinny być ustawowo zakazane jako te, które  miałyby określać wartość projektu. W odniesieniu do architektury nie znaczą one nic.
Mam wewnętrzną potrzebę ciągłego inspirowania się. Dziecinną radość z bycia wow, dotykania materiału, z którego zrobiony jest stół w restauracji i zachwytu, że nie wiem co to za tworzywo. Chcę móc jak najczęściej być w stanie ekscytacji płynącej z samego rozglądania się. Chcę widzieć rzeczy, na które sama nie wpadłam i być szczęśliwą, że ktoś jednak o tym pomyślał.
Wnętrze jest dla mnie równie ważne jak produkt lub usługa, która jest w nim oferowana.
Absolutnie rozumiem, że istnieją budki z najlepszą wietnamską zupą świata, których wygląd pozostawia wiele do życzenia a mimo wszystko smakosze będą wracać dla tego wyjątkowego dania; nie zmienia to jednak mojego przekonania, że dobrze zaprojektowane wnętrza mają ogromny wpływ na nas i na to jak patrzymy na świat.
Ten wpis będzie więc trochę egoistyczny bo mówiący o mojej personalnej inspiracji i fascynacji kosmetyczną marką Aesop, rodem z Australii, i nie chodzi mi o sam produkt, pomimo że jest znakomity ale o wnętrza sklepów projektowanych dla firmy na całym świecie przez często wybitnych architektów i projektantów.

Nowy Jork
Foto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
W 2011 roku na nowojorskim dworcu kolejowym Grand Central stanął na pierwszy rzut oka niepozornie wyglądający kiosk. Miał być zaproszeniem do zapoznania się z marką Aesop, która właśnie wchodziła na rynek amerykański. 
Nowy JorkFoto Dezeen Magazine; Autor Juliana Sohn
 Właściwie nie było w tym nic niezwykłego, takich tymczasowych sklepików powstaje masę i na większość nikt nie zwraca uwagi. Ten był jednak wyjątkowy. Zaprojektowany przez architekta Jerem’iego Barbour'a reprezentującego studio Tacklebox z Brooklynu, składał się z 1800 kopi gazety The New York Times pochodzących z recyklingu.  Magazyny zostały ułożone jeden na drugim i poddane procesowi, który stworzył solidną masę. Podstawą i zwieńczeniem każdej bryły były arkusze aluminium malowanego metodą proszkową. Kiosk miał być symbolicznym uściskiem dłoni nowej marki z miastem. Jego celem było informować i zapoznać przyszłych klientów z  produktem. Dziennik The New York Times ujmując metaforycznie jest dla mieszkańców Wielkiego Jabłka  jak biblia. Użycie właśnie tego materiału to nie tylko ukłon w stronę 750,000 pasażerów przemierzających Grand Central każdego dnia ale również nawiązanie do codziennej rutyny.
Właściwie i od strony marketingowej, i od strony zamysłu projektowego wykorzystującego zbędny materiał do stworzenia czegoś tak przemyślanego, pomysł jest znakomity.

Nowy JorkFoto Aesop
Ten sam element dekoracyjny Jeremy Barbour wykorzystał później przy projektowaniu pierwszego sklepu Aesop w Nowym Jorku w części Manhattanu znanego
​jako Nolita.
Tym razem użyto 2800 kopi tego samego magazynu, również pochodzącego
​z recyklingu. 
Dla twórców marki słowo pisane ma ogromne znaczenie i jest wykorzystywane nie tylko do standardowej reklamy, opisu produktu czy historii marki. Aesop lubuje się w posługiwaniu cytatami a ich strona internetowa to również fascynujące wywiady, opowiadania, artykuły, recenzje książek i filmów. Tym bardziej użycie New York Times w ich pierwszym sklepie w Nowym Jorku ma znaczenie wręcz symboliczne. Posługując się wolnym tłumaczeniem z opisu projektu w perfekcyjny sposób oddaje ducha marki, wiarę, że gazety codzienne takie jak chociażby New York Times są namacalnym świadkiem upływających dni, ale przy użyciu ich jak cegły do wyłożenia ścian stają się kapsułą czasu która ma zwolnić pęd chaotycznego miasta.
“ Wnętrze tego sklepu jest dowodem na istnienie spowolnienia gdzie czas nie jest postrzegany jako wróg tylko jako przyjaciel a chwile zatrzymują się aby trwać”.

Nowy JorkFoto Aesop
Sklep Aesop w Kyoto zaprojektowany został przez studio architektoniczne Simplicity.
Inspiracje do stworzenia tego wnętrza architekci zaczerpnęli
​z lokalnych źródeł: książki "Pochwała Cienia" napisanej przez Junichiro Tanizaki, sztuki czternastowiecznego
aktora i dramatopisarza Zeami Motokiyo, architektury historycznych, drewnianych kamienic Kyoto oraz sposobu pisania japońskiego tekstu w pionie. 

Nowy JorkFoto Aesop
Aesop w Singapurze jest dziełem norweskiego studia architektonicznego o światowej sławie Snohetta. Mieści się przy jednej z głównych ulic zakupowych Orchard Road (ang. Droga do Sadu).
Według przekazów, w XIX wieku mogła to być droga prowadząca na plantację gałki muszkatałowej. Historia tego miejsca związana z plantacją stała się inspiracją dla architektów do stworzenia wnętrza w oparciu o zwisające z sufitu metalowe elementy imitujące las odwrócony "do góry nogami" oraz poprzez delikatne użycie warstw materiału, koloru i formy. 

Nowy JorkFoto Aesop
W Mediolanie mieszczą się dwa sklepy Aesop; ten przy Corso Magenta jest dziełem lokalnych projektantów ze  studia Dimore. Jego położenie przy tej samej ulicy na której mieści się kościół, w którym podziwiać można niezwykłe dzieło Leonarda Da Vinci "Ostatnia Wieczerza" oraz sąsiedztwo sławnej piekarni Marchesi, której historia sięga 200 lat, miało wpływ na utrzymanie wnętrza w silnym poszanowaniu włoskiego a bardziej mediolańskiego dziedzictwa. Do zaprojektowania przestrzeni posłużyły typowe materiały  używane w spiżarniach włoskich domów z 1930 roku jak również lokalnych małych piwniczek.

Nowy JorkFoto Aesop
 Jednym z największych sklepów Aesop jest ten mieszczący się przy ulicy James w Brisbane w Australii. Jest to również siedemnasty sklep zaprojektowany dla marki przez Rodneya Eggleston'a reprezentującego studio March. Inspiracją do stworzenia tego wnętrza były po części lejkowate rzeźby Anish Kapoor jak również samo otoczenie gdzie tropikalna pogoda i ocean zachęca do uprawiania sportów wodnych. Dominujący we wnętrzu materiał, włókno szklane, jest często używany do produkcji kajaków, desek surfingowych i naziemnych basenów. Zamiarem projektanta było zatarcie granicy pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym jak również podziału między architekturą a przedmiotem.

Według danych z 2017 roku Aesop posiada ponad 100 sklepów w 50 krajach. Najciekawsze jednak jest to , że nie istnieją dwa takie same sklepy. Każde wnętrze jest unikatowe, zaprojektowane specjalnie z myślą o odbiorcy w danym kraju czy mieście czy nawet ulicy z ogromnym poszanowaniem do lokalności. Wnętrze ma intrygować i inspirować ale jednocześnie sklep powinien pozostać w zgodzie z otoczeniem. 
W 2012 roku  założyciel marki Dennis Paphitis udzielił bardzo obszernego wywiadu, który ukazał się na łamach Dezeen Magazine. Pomimo, że same wnętrza mogą zachwycać to jednak jego słowa o nich są prawdziwą inspiracją: " Byłem przerażony myślą, że Aesop może się zamienić w sieć sklepów pozbawionych duszy. Zawsze sobie wyobrażałem, że to co robimy porównać można do złotej bransoletki spoczywającej na opalonym nadgarstku wytwornej Europejki, która podróżuje i kolekcjonuje fascynujące historie."
Nowy Jork
Największy sklep Aesop, Los Angeles, Kalifornia, USA. Zaprojektowany przez Brooks + Scarpa. Foto Aesop
]]>
<![CDATA[bistro- wnętrze komfortowe]]>Mon, 22 Oct 2018 16:29:10 GMThttp://porkbun.komorebi.design/blog/bistro-wnetrze-komfortoweNowy JorkRestauracja Edward's Tribeca NYC
Według obecnych danych w samym mieście Nowy Jork jest około 26,000 restauracji. Na jakąkolwiek z kuchni przyjdzie nam akurat smak to możemy być pewni, że w którejś z części miasta, mniej lub bardziej uczęszczanej ją znajdziemy.
Podobnie jest z wystrojem wnętrza, bez względu czy szukamy skandynawskiego minimalizmu czy totalnego kiczu czy zgiełku azjatyckich neonów, czy zen z mnichem za kontuarem, czy pana Hindusa grającego w oknie na jemu tylko znanym instrumencie to przy naprawdę niewielkim wysiłku trafimy na pożądany klimat.
W Wielkim Jabłku nie ma pojęcia niemożliwe i nie da się. Na ogół na pytanie - a czy macie to? padnie odpowiedź -  tak, to też tutaj jest. Jak ze wszystkim jednak w życiu tak i w tym przypadku ten wachlarz wyborów i przepych istniejących opcji może być równie fascynujący jak i przytłaczający. 
Zdarzają się momenty, w których nie ma się ochoty na spożywanie ani bizona pod dymiącymi liśćmi baobabu, ani sałatki z bławatków ani tym bardziej na siedzenie pod sufitem, z którego zwisają tony bibułek, dekoracji, światełek i kto wie czego jeszcze.
To są momenty kiedy powraca się do starego, niezawodnego i tradycyjnego bistro.

Nowy JorkMarmur karraryjski
Jeżeli wierzyć w objaśnienie Wikipedii to słowo Bistro  oznacza niewielki lokal gastronomiczny w Paryżu, często zajmujący narożny budynek, który jest specyficzną kombinacją restauracji, z barem i kawiarnią. Jak dla mnie wyjaśnienie dość bezduszne chociaż wierne.
​Dla nowojorczyka bistro w pierwszym skojarzeniu to zawsze będzie comfort food czyli jedzenie poprawiające nastrój, przywołujące dobre wspomnienia, proste smaki, dobrze znane, do których czujemy sentyment. Drugie skojarzenie to wnętrze. Tradycyjne bistro, wyrosłe na wpływach francuskich będzie się opierać zawsze na połączeniu ciemnego, podniszczonego drewna, karraryjskiego marmuru i białych kafelek cegiełek. Co ciekawe, bistro to chyba jedyne miejsce, w którym nikt nie przejmuje się patyną jaka powstaje na niczym niezabezpieczonym, jasnym marmurze i im więcej wylanego czerwonego wina i naturalnych zarysowań lub obtłuczeń tym lepiej. W ciągu wielu lat pracy w Nowym Jorku zdarzyli się nam klienci, którzy nie chcieli słyszeć o żadnym innym materiale na blat jak tylko marmur karraryjski. Ten moment, w którym klient prosi żeby wyglądało jak bistro tylko bez plam jest błogim momentem kompletnego braku konsekwencji jakże częstym i jak bardzo niepożądanym w naszym zawodzie. Po nałożeniu miliona warstw impregnatu pozostawało tylko trzymać kciuki, że nalewane czerwone wino kiedy ścieknie po kieliszku to zostanie szybko wytarte i nie pozostawi pod nóżką różowego wianuszka przyprawiającego o zawrót głowy. Ciekawe, że to co wydaje się nam być stylowe w restauracji, naturalny kamień, którym zachwycamy się podróżując po Włoszech czy Francji przenosimy do naszych domów z jednoczesną potrzebą “poprawienia” go na tyle aby zachował swój pierwotny perfekcjonizm. Marmur to żywy materiał, którego piękno nie tkwi tylko w głębi i ilości żyłek ale podkreśla je czas i historia odciśnięta życiem rodzinnym, które się przy nim toczy.

Nowy Jork
Resturacja Edward's Tribeca NYC
Przy powstaniu restauracji typu bistro nierzadko, nowe, drewniane blaty okłada się ile wlezie ciężkimi łańcuchami i czym tam popadnie, aby po tej operacji wyglądały tak jakby Toulouse-Lautrec przed chwilą odszedł właśnie od stolika a teraz my możemy napić się przy nim mimozy.
Nowy Jork
Myślę, że powód dla którego nowojorczycy tak chętnie wybierają bistro i tak tłumnie gromadzą się przy marmurowym barze w piątkowe wieczory to komfort nie tylko w odniesieniu do jedzenia ale do wszystkiego co łączy się z tym miejscem. 
Kultura biesiadowania w stylu bistro przeniesiona z Paryża, promująca miejsce w klimacie luźnej elegancji, niezobowiązujące,  o umiarkowanych cenach, gdzie można zjeść cały obiad ale równie dobrze zamówić tylko kawę lub przekąskę, przyjęła się fantastycznie w mieście pełnym chaosu gdzie ilość podejmowanych dziennie decyzji potrafi przygnieść. To takie miejsce łatwe do lubienia gdzie wnętrze i jadłospis są proste, i nienarzucające się a jednocześnie na tyle pożądane, że chce się do niego wracać.
Styl paryskiego bistro przywołuje nostalgię Starego Kontynentu, ma duszę europejskości a europejski to jeden z ukochanych przymiotników po drugiej stronie oceanu. Ponieważ jednak Nowy Jork rządzi się swoimi prawami to jeżeli chcemy zakosztować klasycznej kuchni francuskiej to skierujmy nasze kroki do jednej z wielu fantastycznych francuskich restauracji lub udajmy się do Paryża. W bistro nawet okraszonym przymiotnikiem francuskie, w karcie co prawda znajdą się tradycyjne przysmaki znad Loary, będzie tam i zupa cebulowa, i stek ale też makaron i jajka po benedyktyńsku, i krwawa Mary, i burger, i nawet czasami guacamole. W ten właśnie fantastycznie nowojorski sposób powstało bistro amerykańskie!

Nowy JorkRestauracja Edward's Tribeca NYC
Restauracje typu bistro mają też jeszcze jedną, wyjątkowa cechę, która dla mnie ma szczególne znaczenie, a mianowicie często stają się częścią lokalnej społeczności. Klienci odwiedzają je całymi rodzinami, kelnerzy pamiętają imiona dzieci, stali bywalcy przesiadują tam kilka razy w tygodniu, samotni zaprzyjaźniają się z barmanami.  Stają się elementem chociaż w minimalnym stopniu scalającym sąsiedztwo.
Na pewno część tego zjawiska związana jest z samym charakterem nowojorczyków, z tym, że są ludźmi otwartymi, podejmującymi rozmowę w bardzo łatwy sposób, wręcz gadatliwymi. Nie jest żadną tajemnica, że sprzedawca, u którego kupisz dwa razy kawę za trzecim razem będzie już pamiętał nie tylko ciebie ale też ile mleka i cukru używasz. Ludzie łatwo komunikują się i łatwo zaprzyjaźniają. Może nie są to przyjaźnie super głębokie, raczej nie takie na życie ale są ważne, szczególnie w dzisiejszym świecie gdzie telefon komórkowy zastąpił żywego człowieka.
Wierze, że równie odpowiedzialne za wyżej wymienione zjawisko jest samo wnętrze bistro.
To, że chce się w nim być i nie wychodzić. To połączenie ciemno brązowego drewna, swojskich, białych kafelek i podniszczonego marmuru powoduje, że w zimie jest ciepło i przytulnie a dodatkowo w lecie otwarte na oścież okiennice wpuszczają idealną ilość słońca.

Nowy JorkRestauracja Lucky Strike NYC
Keith McNally jest jednym z najbardziej znanych nowojorskich restauratorów. Od 1980 roku kiedy zaistniał na kulinarnej mapie Gotham zbudował prawdziwe imperium restauracyjne w oparciu o styl francuskiego bistro. Jego umiłowanie do europejskich antyków jest tak wielkie, że często sprowadzał oryginalne elementy do dekoracji wnętrz swoich restauracji z samego źródła. Stał się prawdziwym koneserem stylu a jego restauracje nie rzadko są tłem do filmowych scenografii.
Wspominając jeden z wywiadów jakich udzielił dla New York Timesa inspirujące było w nim stwierdzenie, że zawsze stara się aby tworzone przez niego wnętrza restauracji były ponadczasowe. Dokłada starań aby się nigdy nie zestrzały. Jego celem jest spojrzeć na wnętrze lokalu po pięciu latach od jego powstania ze świadomością, że nic by w nim nie zmienił. 
​Stwierdzenie, z którym nigdy bym się nie zgodziła jeżeli chodzi o mieszkania i osobiście przeraża mnie wizja, że projektowane są wnętrza domów z myślą o utrzymaniu ich w takim samym stanie przez następne “dziesiąt” lat, jednak może w projektowaniu wnętrza restauracji to jest to sedno sukcesu? Jeżeli bistro Lucky Strike otwarte przez Keitha McNally i Edwarda Youkilis’a w 1989 roku w swojej oryginalnej formie działa z powodzeniem do dziś to w tym szaleństwie chyba jest metoda.

Nowy Jork
Restauracja Edward's Tribeca NYC
Niepotwierdzona i raczej wątpliwa, biorąc pod uwagę historię rosyjskich kozaków jaka za nią stoi, etymologia słowa bistro tłumaczy je z rosyjskiego "bystro" czyli szybko. Abstrahując od jej niewiarygodności, powiedziałabym, że wpisuje się perfekcyjnie w charakter miasta w którym wszystko dzieje się pod presją a słowo "pilne" powtarzane jest częściej niż dzień dobry czy ok. W tym jednak przypadku cieszę się, że pochodzenie słowa jest chybione bo pięknem amerykańskiego bistro jest czas, który płynie w nim wolniej.
********* Za pomoc w przygotowaniu tego wpisu i udostępnienie zdjęć specjalne podziękowania kieruję do Edwarda Youkilis’a właściciela restauracji Edward's w Nowym Jorku******** Nie byłby on również możliwy bez udziału Dariusza Dudy, mojego życiowego i zawodowego partnera, którego opowiadania z czasów kiedy był jednym z wykonawców restauracji Lucky Strike w Nowym Jorku były prawdziwą inspiracją**********Dziękuje!
]]>